George R.R. Martin - Wieża popiołów.pdf

(101 KB) Pobierz
(12266 \227 Notatnik)
12266
George R.R. Martin
WieŜa Popiołów
Moja wieŜa zbudowana jest z małych, czarnoszarych cegieł związanych
zaprawą z błyszczącej czarnej substancji, która dziwnie przypomina mi
obsydian, choć na pewno nie moŜe nim być. Stoi ona nad odnogą Długiego
Morza. Ma jakieś dwadzieścia stóp wysokości, jest pochyła, a od skraju
lasu dzieli ją tylko kilka kroków.
Znalazłem ową wieŜę prawie cztery lata temu, gdy razem z Wiewiórkiem
opuściłem Port Jamison w srebrzystym autolocie, który leŜy teraz
opróŜniony ze wszystkiego w wysokim zielsku w pobliŜu progu. Po dziś dzień
nie wiem prawie nic o dziwnej budowli, ale mam kilka teorii na jej temat.
Przede wszystkim nie sądzę, Ŝe została zbudowana przez ludzi. Jest
wyraźnie starsza niŜ Port Jamison, a często myślę teŜ, iŜ wzniesiono ją
jeszcze przed nastaniem wieku kosmicznego. Czarnoszare cegiełki (dziwnie
małe, kaŜda mniejsza niŜ jedna czwarta normalnej cegły) są bardzo stare,
zniszczono, mają nierówną powierzchnię i pękają mi pod nogami. Kurz leŜy
wszędzie, a znam dobrze jego źródło, gdyŜ nieraz juŜ wyjmowałem obluzowane
cegły parapetu na dachu wieŜy i leniwie miaŜdŜyłem w garści na miałki
ciemny proszek. Kiedy wieje wiatr ze wschodu, wieŜa wyrzuca do góry
pióropusz popiołu. Wewnątrz czarnoszare cegły są w lepszym stanie, gdyŜ
rzadziej stykają się z wiatrem i deszczem, ale mimo to nie naleŜy ona do
najładniejszych budowli. Jej wnętrze to pojedyncza izba pozbawiona okien,
pełna kurzu i ech; światło dociera tam jedynie przez kolisty otwór w
środku dachu. Spiralne schody, zbudowane z takich samych staroŜytnych
cegieł jak reszta wieŜy, są częścią ściany; pną się jak gwint na śrubie,
zanim dosięgną dachu. Wiewiórek, który jest bardzo mały jak na kota, łatwo
wbiega na górę po tych schodach, ale dla człowieka są one zbyt wąskie i
niewygodne.
A jednak wspinam się po nich. Co noc powracam z zimnych lasów, ze
strzałami czarnymi od zakrzepłej krwi pająków snu i torbą pełną ich worków
jadowych. Odstawiam łuk na bok, myję ręce, a później wychodzę na dach,
Ŝeby spędzić tam ostatnie godziny przed świtem. Po przeciwnej stronie
wąskiej morskiej odnogi, na wyspie palą się światła Port Jamison; z góry
nie przypomina on wcale znanego mi dobrze miasta. W nocy kwadratowe czarne
budynki otacza romantyczna poświata; szaropomarańczowe i bladoniebieskie
światła miasta przywodzą na myśl tajemnicę, milczącą pieśń i wielką
samotność, gdy statki kosmiczne wznoszą się i opadają na tle gwiazd, jak
niezmordowane robaczki świętojańskie z czasów mego dzieciństwa na Starej
Ziemi.
Tam kryje się moc opowieści wyznałem kiedyś Korbecowi, zanim
nauczyłem się nie czynić tego. Za kaŜdym światłem kryją się ludzie, a co
człowiek, to inna historia. Ale oni Ŝyją nie stykając się z nami, więc
nigdy nie poznamy ich dziejów. Myślę, Ŝe pomagałem sobie wtedy gestami;
rzecz jasna byłem pijany jak bela.
W odpowiedzi Korbec uśmiechnął się szeroko i potrząsnął przecząco
głową. Był to wysoki, tęgi, ciemnowłosy męŜczyzna z brodą sterczącą na
wszystkie strony jak kłąb drutu kolczastego. Co miesiąc przylatywał z
miasta swym czarnym odrapanym autolotem, by przywieźć mi Ŝywność i zabrać
jad upolowanych przeze mnie pająków snu; co miesiąc wchodziliśmy na dach
wieŜy i razem się upijaliśmy. Korbec był tylko szoferem cięŜarówki,
handlarzem drugorzędnych snów i uŜywanych tęczy, ale uwaŜał się za
filozofa i badacza natury ludzkiej.
Strona 1
12266
Nie oszukuj się powiedział mi wtedy, a twarz miał zaczerwienioną
od wina i mroku nic nie tracisz. Opowieści o ludzkich losach są nic nie
warte. Prawdziwe opowiadania, te zwykle mają jakąś fabułę. Zaczynają się,.
ciągną jakiś czas, a kiedy się kończą, to naprawdę koniec wszystkiego,
chyba Ŝe facet pisze cały cykl. Ale w Ŝyciu nigdy tak nie jest, ludzie
błąkają się bez celu, gadają bez ładu i składu i tak bez końca. Nic się
nigdy nie kończy.
Ludzie umierają wtrąciłem. Wydaje mi się, Ŝe to jest jakieś
zakończenie.
Korbec beknął głośno. Pewnie, ale czy słyszałeś, Ŝeby ktoś umarł w
odpowiedniej chwili? Nie, tak się nie dzieje. Jedni faceci przekręcają
się, nim zaczęli Ŝyć naprawdę, drudzy w środku najlepszej roli, a jeszcze
inni marudzą, kiedy wszystko juŜ dawno się skończyło.
Często gdy tak siedzę na górze, z Wiewiórkiem na kolanach i
szklaneczką wina obok, przypominam sobie słowa Korbeca i sposób, w jaki je
wypowiedział dziwnie łagodnym głosem. Korbec nie jest zbyt rozgarnięty,
ale myślę, iŜ tamtej nocy mimo woli powiedział prawdę. Lecz rzeczowe
spojrzenie na Ŝycie, jakie mi wtedy ukazał, jest jedyną odtrutką na sny,
które snują pająki.
Jednak ja nie jestem Korbekiem i nigdy nim nie będę, więc choć
dostrzegam jego prawdę, nie mogę Ŝyć w zgodzie z nią.
Znajdowałem się na zewnątrz wieŜy i strzelałem do tarczy; miałem na
sobie tylko spodnie i kołczan, kiedy przylecieli. Zapadał juŜ zmierzch i
przygotowywałem się do nocnej wyprawy do lasu nawet w tych pierwszych
dniach wygnania Ŝyłem od zmierzchu do świtu jak pająki snu. Pod stopami
czułem miękką trawę, podwójny łuk ze srebrzystego drzewa nigdy lepiej nie
leŜał mi w ręku i dobrze mi się strzelało.
I właśnie wtedy usłyszałem, jak nadlatują. Spojrzałem przez ramię w
stronę plaŜy i zobaczyłem rosnący szybko na niebie ciemnoniebieski
autolot. Oczywiście był to Gerry, poznałem po warkocie motoru; odkąd
sięgam pamięcią, jego pojazd zawsze bardzo hałasował.
Odwróciłem się do nich plecami, wyjąłem z kołczana inną strzałę i
ręka mi nie zadrŜała, gdy po raz pierwszy w tym dniu trafiłem w
dziesiątkę.
Gerry posadził autolot w zielsku rosnącym obok wieŜy, zaledwie kilka
stóp od mojego. Była z nim Crystal, smukła i powaŜna, a zachodzące słońce
nieciło czerwone błyski w jej długich złotych włosach. Wysiedli i ruszyli
w moją stronę.
Nie zbliŜajcie się do tarczy ostrzegłem wyjmując następną strzałę
i napinając łuk. Jak mnie znaleźliście? Brzęk strzały wibrującej w
środku tarczy zaakcentował moje słowa.
Podeszli do mnie, omijając z daleka moją linię strzału. Wspominałeś
kiedyś, Ŝe zauwaŜyłeś to miejsce z powietrza odparł Gerry a
wiedzieliśmy, iŜ nie ma cię w Port Jamison. Uznaliśmy, Ŝe warto tu
poszukać. Zatrzymał się o kilka stóp ode mnie i oparł ręce na biodrach.
Wyglądał tak, jak go zapamiętałem, wysoki, ciemnowłosy i w świetnym
humorze. Crystal zbliŜyła się i połoŜyła mu rękę na ramieniu.
Opuściłem łuk i zwróciłem się twarzą ku nim. Ach, tak. No więc
znaleźliście mnie. A dlaczego?
Niepokoiłam się o ciebie, Johnny powiedziała cicho Crystal. Ale
unikała mego wzroku, kiedy spojrzałem na nią.
Gerry zaborczym gestem otoczył jej talię, a ja poczułem, jak rośnie we
mnie wściekłość. Ucieczka nie rozwiązuje Ŝadnych problemów zauwaŜył. W
jego głosie zabrzmiała ta sama dziwna mieszanka przyjacielskiej troski i
Strona 2
12266
arogancji, z jaką zwracał się do mnie od miesięcy.
Ja n i e uciekłem odparłem pełnym napięcia głosem. Do diabła.
Nie powinniście byli tu przylatywać.
Crystal spojrzała na Gerry'ego. Miała bardzo smutną minę i nagle
zrozumiałem, Ŝe pomyślała o tym samym co ja. Gerry tylko się zasępił. Nie
sądzę, Ŝeby kiedykolwiek zrozumiał, dlaczego mówiłem to, co mówiłem, ani
dlaczego postępowałem tak, a nie inaczej; ilekroć dyskutowaliśmy o tym, a
zdarzało się to nieczęsto, mówił mi tylko z lekkim zakłopotaniem, co o n
by zrobił, gdyby nasze role się odwróciły. Nie mieściło mu się w głowie,
Ŝe ktoś mógłby postąpić inaczej na j e g o miejscu.
Nie przejąłem się jego niezadowoloną miną, a1,e udało mu się jednak
wytrącić mnie z równowagi. Przez cały miesiąc dobrowolnego wygnania w
czarnej wieŜy usiłowałem zrozumieć pobudki kierujące moim postępowaniem i
nastrojami, a to wcale nie było łatwe. Crystal i ja byliśmy juŜ ze sobą
razem bardzo długo niemal cztery lata gdy przylecieliśmy na Planetę
Jamisona w poszukiwaniu rzadkich srebrnych artefaktów, jakie znaleźliśmy
wcześniej na Baldurze. Kochałem ją przez cały ten czas i nadal jestem w
niej zakochany, nawet teraz, kiedy porzuciła mnie dla Gerry'ego. Kiedy
miałem dobre samopoczucie, wydawało mi się, Ŝe to szlachetny i pozbawiony
egoizmu impuls kazał mi opuścić Port Jamison. Po prostu chciałem, Ŝeby
Crys była szczęśliwa, a nie mogła zaznać szczęścia, dopóki ja tam
przebywałem. Zraniła mnie głęboko i nie umiałem ukryć miotających mną
uczuć; moja obecność budziła w niej poczucie winy i rzucała cień na
szczęście, jakie znalazła z Gerrym. A poniewaŜ nie mogła się zdobyć na to,
Ŝeby zerwać ze mną, czułem się zmuszony uczynić to sam. Dla nich. Dla
niej.
MoŜliwe jednak, Ŝe wmawiałem to sobie. Zdarzały się wszak i takie
chwile, gdy ta wspaniała konstrukcja pękała, ustępując miejsca odrazie do
samego siebie. Czy takie były prawdziwe powody mego postępowania? A moŜe w
przystępie gniewu chciałem zranić siebie i w ten sposób ukarać równieŜ ich
niczym kapryśne dziecko rozmyślające o samobójstwie jako o swoistym
odwecie?
Naprawdę nie wiedziałem. Przez cały miesiąc wahałem się między jedną
opinią a drugą, usiłując zrozumieć samego siebie i postanowić, co robić
dalej. Chciałem uwaŜać się za bohatera, gotowego podeptać swoje uczucia
dla szczęścia ukochanej kobiety. Ale słowa Gerry'ego świadczyły, Ŝe
widział moje postępowanie w zupełnie innym świetle.
Dlaczego musisz tak cholernie wszystko dramatyzować? zapytał z
nieustępliwą miną. Od samego początku postanowił zachowywać się bardzo
uprzejmie i wydawał się wiecznie mną poirytowany, poniewaŜ nie umiałem
wziąć się w garść i zapomnieć o urazach, Ŝebyśmy mogli znów stać się
przyjaciółmi. Nic nie gniewało mnie bardziej niŜ jego irytacja; ja
uwaŜałem, Ŝe bardzo dobrze dawałem sobie radę w tej sytuacji, i czułem się
dotknięty postawą Gerry'ego sugerującą, iŜ wcale tak nie jest.
Lecz Gerry był zdecydowany mnie nawrócić i udawał, Ŝe nie dostrzega
moich gniewnych spojrzeń. Zostaniemy tu i omówimy wszystko, aŜ zgodzisz
się powrócić z nami do Port Jamison oświadczył swoim najlepszym tonem z
rodzaju nieustąpięnawetnapiędź.
Gówno! wypaliłem odwracając się od nich i wyszarpnąłem strzałę z
kołczanu. UłoŜyłem ją na miejscu, napiąłem łuk i wystrzeliłem, lecz za
szybko. Strzała przeleciała dobrą stopę od tarczy i wbiła się w miękką,
ciemną ścianę mojej wieŜy.
A tak w ogóle, to co to za miejsce? zapytała Crys patrząc na
wieŜę, jakby zobaczyła ją po raz pierwszy w Ŝyciu. MoŜliwe, iŜ tak właśnie
Strona 3
12266
było i Ŝe dopiero absurdalny widok mojej strzały wbitej w kamień zwrócił
jej uwagę na staroŜytną budowlę. Ale najprawdopodobniej umyślnie zmieniła
temat rozmowy, by nie dopuścić do kłótni między Gerrym a mną.
Opuściłem ponownie łuk i podszedłem do tarczy, Ŝeby wydobyć z niej
strzały. Nie mam całkowitej pewności odparłem nieco udobruchany,
pragnąc podchwycić wątek rozmowy, który mi podsunęła. Myślę, Ŝe jest to
wieŜa straŜnicza, lecz nie zbudowana przez ludzi. Planeta Jamisona nigdy
nie została dokładnie zbadana. MoŜe kiedyś Ŝyły tu istoty rozumne.
OkrąŜyłem tarczę, podszedłem do wieŜy i wyszarpnąłem ostatnią strzałę z
rozpadającej się cegły. MoŜliwe, Ŝe są tu nadal. Bardzo mało wiemy o
tym, co dzieje się na kontynencie.
Jeśli o mnie chodzi, wydaje mi się, Ŝe mieszkasz w diabelnie ponurym
miejscu wtrącił Gerry przyglądając się wieŜy. Wygląda tak, jakby się
mogła w kaŜdej chwili zawalić.
Uśmiechnąłem się głupawo. I mnie przyszła ta myśl do głowy. Ale
kiedy przybyłem tu po raz pierwszy, nie dbałem o nic. Ledwo jednak
wymówiłem te słowa, zaraz ich poŜałowałem: na twarzy Crystal pojawił się
wyraźnie grymas bólu. I taka jest cała prawda o ostatnich tygodniach mego
pobytu w Port Jamison. Choćbym nie wiem jak łamał sobie głowę, wydawało
się, Ŝe miałem do wyboru albo ją okłamać, albo skrzywdzić. śadna z tych
moŜliwości mi nie odpowiadała, więc znalazłem się tutaj. Lecz teraz oni
równieŜ byli tu, a zatem cała nieznośna sytuacja się powtórzyła.
Gerry miał na końcu języka inną uwagę, ale nie zdąŜył jej
wypowiedzieć, gdyŜ właśnie w tej chwili Wiewiórek wyskoczył z gąszczu
zielska, prosto na Crystal.
Uśmiechnęła się do niego i uklękła, a chwilę później kot znalazł się u
stóp dziewczyny; lizał jej ręce i gryzł po palcach. Wiewiórek wyraźnie był
w dobrym humorze. Lubił Ŝycie w pobliŜu wieŜy. W Port Jamison miał
ograniczoną swobodę ruchu, gdyŜ Crystal obawiała się, iŜ moŜe zostać
poŜarty przez warczuny, upolowany przez psy lub powieszony przez okoliczną
dzieciarnię. Tutaj pozwoliłem mu biegać do woli, co bardzo mu się
podobało. W zaroślach wokół wieŜy roiło się od ogonic, miejscowych gryzoni
o bezwłosych ogonach trzy razy dłuŜszych niŜ ich ciała. Na końcu ogona
znajdowało się lekko jadowite Ŝądło, lecz Wiewiórek nie rezygnował, choć
po kaŜdym zetknięciu się z tą bronią puchł i wpadał w zły humor. Po prostu
lubił polować na ogonice przez cały dzień. Zawsze uwaŜał się za wielkiego
myśliwego, a czatowanie na miskę kociego poŜywienia nie wymagało przecieŜ
Ŝadnych umiejętności łowieckich.
Przebywał ze mną jeszcze dłuŜej niŜ Crystal, lecz dziewczyna bardzo
przywiązała się do niego za czasów naszego wspólnego poŜycia. Często
wydawało mi się, Ŝe odeszłaby do Gerry'ego znacznie wcześniej, gdyby nie
gnębiła jej myśl, Ŝe tym samym opuści Wiewiórka. Nie znaczy to, Ŝe
odznaczał się on jakąś szczególną urodą. Był małym, chudym kotem,
sprawiającym wraŜenie sparszywiałego, o lisich uszach, brązowym futerku i
wielkim puszystym ogonie, dwa razy za duŜym dla niego. Przyjaciel, który
podarował mi go na Avalonie, oświadczył z całą powagą, Ŝe Wiewiórek to
nieprawy potomek wynędzniałego dachowca i genetycznie ukształtowanej
kotkitelepatki. Ale jeśli nawet kocur umiał czytać myśli swego
właściciela, niewiele go to obchodziło. Kiedy chciał, by go głaskano,
potrafił wpakować się na ksiąŜkę, którą właśnie czytałem, wytrącić mi ją z
ręki i gryźć mnie w podbródek; ale gdy zapragnął samotności, obsypywanie
go pieszczotami byłoby groźnym szaleństwem.
Kiedy Crystal klęczała obok kocura i głaskała go, a Wiewiórek lizał ją
po ręku, bardzo przypominała tę kobietę, z którą podróŜowałem, którą
Strona 4
12266
kochałem, z którą rozmawiałem nieskończoną ilość razy i sypiałem co noc.
Nagle uświadomiłem sobie, jak bardzo mi jej brakowało. Wydaje mi się, Ŝe
się uśmiechnąłem; jej widok, nawet w tych okolicznościach, sprawił mi
bolesną radość. MoŜe zachowałem się głupio i niegrzecznie chcąc ich
odesłać po tym, jak przebyli taki szmat drogi, Ŝeby mnie zobaczyć,
pomyślałem. Crys pozostała sobą, a i Gerry nie mógł być taki zły, skoro go
kochała.
Obserwując ją w milczeniu, zdecydowałem nagle, Ŝe pozwolę im zostać.
Zobaczymy, co się wtedy stanie. ZbliŜa się wieczór usłyszałem własne
słowa. Czy nie jesteście głodni?
Crystal, nadal głaszcząc Wiewiórka, podniosła oczy i uśmiechnęła się,
a Gerry skinął głową. Pewnie, Ŝe tak.
Dobrze powiedziałem. Wyminąłem ich, odwróciłem się, zatrzymałem w
drzwiach i gestem zaprosiłem ich do środka. Witajcie w mojej ruinie.
Włączyłem latarki elektryczne i zabrałem się do przygotowywania
obiadu. W tamtych dniach moja spiŜarnia była dobrze zaopatrzona, gdyŜ
jeszcze nie zacząłem Ŝyć wyłącznie z lasu. Rozmroziłem trzy duŜe smoki
piaskowe, skorupiaki o srebrzystych muszlach, które niezmordowanie
poławiali rybacy z Jamie, i podałem je z chlebem, serem i białym winem.
Jedząc prowadziliśmy uprzejmą i powściągliwą rozmowę. Wspominaliśmy
przyjaciół z Port Jamison, a Crystal opowiadała mi o liście, który
otrzymała od pary poznanej przez nas na Baldurze. Gerry rozprawiał o
polityce i wysiłkach jamisońskiej policji zmierzających do zlikwidowania
handlu trucizną snów. Rada Miejska finansuje badania nad jakimś
superpestycydem, który doszczętnie wytępi pająki snu powiedział mi.
Myślę, Ŝe intensywne opylanie przybrzeŜnych rejonów odcięłoby większość
dostaw.
Oczywiście! przytaknąłem. Miałem juŜ trochę w czubie i zirytowała
mnie głupota Gerry'ego. Gdy go słuchałem, zacząłem znów powątpiewać w
gusta Crystal. Bez względu na to, jaki jeszcze wpływ moŜe to wywrzeć na
ekologię, prawda?
Gerry wzruszył ramionami. To kontynent odpowiedział po prostu. Był
Jamisończykiem w kaŜdym calu, a jego uwagę naleŜało rozumieć: "Kogo to
obchodzi?" Kaprys historii sprawił, Ŝe mieszkańców Planety Jamisona
charakteryzował nader niefrasobliwy stosunek do jedynego duŜego kontynentu
ich świata. Pierwsi koloniści w większości pochodzili ze Starego
Posejdona, gdzie dominował tryb Ŝycia nierozłącznie związany z morzem. W
nowym świecie bardziej pociągały ich tętniące Ŝyciem oceany i spokojne
archipelagi niŜ posępne lasy kontynentu. Ich dzieci odziedziczyły takie
same poglądy, z wyjątkiem garstki czerpiącej zyski z nielegalnego handlu
snami.
Nie odrzucaj tego wszystkiego tak bez zastanowienia podkreśliłem z
naciskiem.
Bądź realistą odparł. Kontynent nie jest nikomu potrzebny z
wyjątkiem handlarzy snów. Komu by to zaszkodziło?
Do diabła, Gerry, popatrz na tę wieŜę! Jak ci się wydaje, skąd się
tu wzięła?! Mówię ci, Ŝe w tych lasach mogą Ŝyć istoty rozumne. PrzecieŜ
Jamisończycy nigdy nie zadali sobie nawet trudu, Ŝeby sprawdzić.
Crystal skinęła potakująco głową. Niewykluczone, Ŝe Johnny ma rację
oświadczyła spojrzawszy na Gerry'ego. Pamiętaj, Ŝe właśnie dlatego
tutaj przyleciałam. Z powodu artefaktów. Handlarz na Baldurze powiedział,
Ŝe zostały one przywiezione z Port Jamison. Wszystkie ślady wiodły tylko
tam i nigdzie więcej. A co się tyczy wykonania od lat handluję sztuką
nieziemców, Garry. Znam wyroby Fyndiiów, Damuszów, widziałam teŜ pozostałe
Strona 5
Zgłoś jeśli naruszono regulamin