Learner T.S. - Mapa.doc

(2396 KB) Pobierz
Tytuł oryginału: The Map

MAPA

T.S. Learner

 


Tytuł oryginału: The Map

Copyright © 2012 by T.S. Learner

First published in Great Britain in 2012 by Sphere

Copyright © for the Polish edition by Hachette Polska sp. z o.o., Warszawa 2013

All right reserved

Wydarzenia oraz postacie przedstawione w niniejszej książce, z wyjątkiem tych należących do domeny publicznej, są fikcyjne, a wszelkie podobieństwo do rzeczywistych osób lub zdarzeń jest całkowicie przypadkowe.

Tłumaczenie: Krzysztof Mazurek

Redaktor prowadzący: Agnieszka Trzebska-Cwalina, Małgorzata Dudek

Redakcja: Piotr Walkowicz

Korekta: Dorota Wojciechowska

Projekt okładki: Radosław Krawczyk - www.radoslawkrawczyk.za.pl

Zdjęcia na okładce: Fotolia

Skład i łamanie: Dorota Ładno

 

Wydawca:

Hachette Polska sp. z o.o.

ul. Postępu 6, 02-676 Warszawa

 

ISBN (oprawa miękka) 978-83-7849-019-7

ISBN (oprawa twarda) 978-83-7849-099-9


Dla Jeremy'ego

 


Izena duen guztia omen da.

Wszystko, co ma imię, istnieje.

Stare przysłowie baskijskie

 


NOTA OD AUTORA

Moja powieść to fikcja literacka tworzona z myślą, by odkrywać nowe ścieżki, bawić, inspirować i zaciekawiać - i właśnie tak powinno się ją odczytywać. Wszelkie podobieństwo do osób żyjących lub istniejących instytucji jest całkowicie przypadkowe. Starałam się jednak opisywać historię batalionu im. Abrahama Lincolna i doświadczenia zarówno Basków mieszkających w Hiszpanii rządzonej przez Franco, jak i Francuzów i Niemców walczących w szeregach Brygad Międzynarodowych realistycznie i z wyczuciem. Jeszcze raz dziękuję wszystkim, dzięki którym ta powieść ujrzała światło dzienne.

PROLOG

Szafot w Tyburn, Londyn 1613

Podmuchy przenikliwego wiatru kąsały marznącym śniegiem łydki i kostki Shimona. Jego stopy, nieobute i krwawiące od otarć ciężkich łańcuchów, były tak skamieniałe, że już nie czuł bólu. - Szkoda, że reszta mojego ciała nie jest błogosławiona nieczułością na ból - pomyślał - a jego życzenie natychmiast podchwycił wir śniegu, który wzleciał wysoko ponad gawiedź biegnącą, z okrzykami ni to radości, ni szyderstwa, po bokach więziennego wozu. Po chwili z tłumu wyleciało zgniłe jabłko i uderzyło go prosto w klatkę piersiową. Upadł na plecy, na ostre drewniane szczeble okalające wóz. Wyprostował się, z trudem łapiąc równowagę na wybojach, po których jechał pojazd. Z tłumu dobiegały go słowa, które dźgały ostro jak strzały. „Szpieg! Zdrajca! Miłośnik szatana!". Młody Hiszpan zamknął oczy, żeby nie widzieć rozwścieczonych angielskich twarzy, nie widzieć uśmiechniętej od ucha do ucha kobiety, która unosi swojego wnuka, bo tak lepiej obejrzy spektakl, żeby nie słyszeć wrzasków nienawiści, które dudniły głośniej niż koła wozu po alejce.

Wiedział, że umrze. Już to widział. Dany mu był dar patrzenia oczami Boga. Oczy Boga. Widział już swoje płonące ciało, a jednak postanowił nie uciekać.

A teraz jego sekret wisiał w powietrzu, jak fatamorgana oazy, kusił, lecz był poza zasięgiem, ostatnia nadzieja przed śmiercią.

- Soy inocente! Jestem niewinny! - krzyczał, ale jego głos gubił się wśród śmiechu, szyderstwa i stukania końskich kopyt. Nagle wóz skręcił w niewielkie podwórze ukryte za wysokimi murami, a strażnicy pospiesznie zamknęli bramy za dwoma szlachcicami eskortującymi wóz na końskich grzbietach, zagradzając drogę tłuszczy.

Shimon, który spoglądał spod długich, skołtunionych włosów, teraz był już poza granicą lęku. Zastanawiał się, czy chcą go zgładzić w tajemnicy, a jeżeli tak, to w jaki sposób.

Na środku podwórza stała lektyka, lakierowana na czarno i złoto, po jej obu stronach cierpliwie czekało dwóch umundurowanych pachołków. Okna lektyki były zasłonięte, ale nie była pusta. Shimon, kiedy rozpoznał herb zdobiący drzwi, poczuł, że serce mu boleśnie bije o wychudzone żebra - cień nadziei desperata zaświtał w jego umęczonym torturami ciele, kiedy ściągano go z wozu na ziemię i kazano klękać.

Dwóch szlachciców zsiadło z koni i podeszło do lektyki. Jeden odsuwał zasłony, podczas gdy drugi pokłonił się do ziemi. Pióro jego kapelusza omiatało kocie łby, kiedy z lektyki wysiadał mężczyzna.

Stanął przed Shimonem, cały w czerni, przełamanej tylko wyszytym na środku pikowanej satynowej kurtki królewskim emblematem przedstawiającym lwa i jednorożca oraz zawieszonym na szyi prostym srebrnym krzyżem. Jedyną oznaką życia w jego wyłupiastych oczach był wyraz podejrzliwości pomieszanej z ciekawością. Shimon wiedział, że to monarcha, który kazał pochwycić i poćwiartować sympatyka Hiszpanii i heretyka Guido Fawkesa, wiedział również, że król jest cierpiącym ojcem w żałobie.

- Czy ten czarownik mówi? - Król Jakub oparł się ciężko o laskę, jego chude nogi w bufiastych bryczesach, które miały go chronić przed sztyletem zabójcy, przypominały nogi kurczaka. Przyciskając do nosa perfumowaną chusteczkę, żeby nie czuć odoru brudnego więźnia, odwrócił się do wyższego ze szlachciców, Henryego Howarda, hrabiego Northampton. Hrabia już miał przetłumaczyć słowa króla, kiedy więzień, Shimon Ruiz de Luna - hiszpański Żyd, którego Anglicy podejrzewali o szpiegostwo, a który ku wielkiemu niezadowoleniu hrabiego nie miał w sobie ani krzty pokory, i nie miał w ogóle nic oprócz szmat, w które go odziali - pochylił się do przodu, a łańcuch, którym były skute jego kostki, zadźwięczał o kocie łby.

- Wasza Wysokość, nie jestem czarownikiem, szpiegiem ani alchemikiem. Jestem medykiem - wychrypiał po angielsku, a jego oddech śmierdział z wygłodzenia. - Przybyłem jako przyjaciel Anglii, przybywam, żeby ci przekazać ostrzeżenie przed wojną. Wojną, która jeszcze nie wybuchła, wojną, w której chrześcijanin będzie walczył z chrześcijaninem, brat przeciwko bratu, która zatruje Europę co najmniej na trzydzieści lat.

- Dosyć! Nie będę tracił czasu na takie nonsensy! Jesteś zwyczajnym agitatorem! - przerwał mu król.

- Wasza Wysokość. - Hrabia zrobił krok naprzód, z jego podstarzałej postaci bił spokój, gestem dłoni prosił o wysłuchanie. - Ten Hiszpan opowiedział nam o wydarzeniach, które jeszcze nie miały miejsca, a później czas dowiódł, że ma rację. Nie wiem jak, ale alchemik ma zdolność widzenia przyszłości. Trzeba go brać poważnie.

- Wojna! Wojna trzydziestoletnia? Jakże mam jej zapobiec?

- Znaleźliśmy przy nim mapy, być może to jakaś wskazówka co do przyszłości, Wasza Wysokość. Pomyśl tylko, panie, jak to posłuży tobie i Anglii, jeśli będziesz miał takie informacje. Pomyśl, jak tę wiedzę można by wykorzystać przeciwko waszym wrogom.

Król Jakub odwrócił się do więźnia. Naciągnął rękawiczki, żeby Hiszpan nie zabrudził mu dłoni, po czym uniósł jedną z brudnych rąk Shimona, odwrócił ją, przyjrzał się wnętrzu dłoni i palcom. Jego dworzanie, hrabia i sędzia Humphrey Winch wiedzieli, że nie mają wyboru i muszą się zdać na samozwańcze zdolności monarchy, który twierdził, że potrafi rozpoznać czarownika.

- Przesłuchiwaliście go jako czarownika? - spytał w końcu monarcha.

- Wszechstronnie, Wasza Wysokość - odparł sędzia Winch. - Co potwierdzą ślady i obrzęki na jego ciele. Ale wciąż nie chciał nam zdradzić, w jaki sposób zdobył wiedzę na temat tego, co nastąpi.

- A mapy?

- Dziwaczne ogrody, jaskinie i góry, może miejsca przyszłych bitew - żadne z nich chyba nie znajduje się na angielskiej ziemi, Wasza Wysokość.

- W takim razie nic nas to nie obchodzi. Stracić go jako czarownika - zarządził król, a później gestem wskazał strażnikowi, że chce odejść.

Hrabia i sędzia Winch spojrzeli na siebie za plecami króla.

- Wasza Wysokość, zastanawialiśmy się, czy nie byłoby bardziej politycznie zmienić zarzut na szpiegostwo - odważył się w końcu odezwać Winch. - Lud zaczyna się męczyć tym paleniem na stosach wiedźm i czarowników. Oskarżenie o szpiegostwo będzie miało większy ciężar gatunkowy. I będzie kolejnym sygnałem ostrzegawczym dla króla Filipa, że z nami nie wolno żartować.

- Mam słuchać prostego ludu? Jestem królem. Mam boskie prawo.

Sędzia Winch dźgnął hrabiego pod żebra. Ten niechętnie zrobił krok naprzód.

- Zważywszy na popularność twojego nieodżałowanego świętej pamięci syna Henryka, księcia Walii, ostrożność nakazywałaby właśnie tak uczynić.

Król Jakub westchnął.

- Niech będzie. To szpieg. - Rzucił ostatnie spojrzenie przez ramię na więźnia, który nie spuszczał z niego wzroku. - Szkoda, bo jest w nim pewne piękno, jak na Hebrajczyka - zauważył, a później się odwrócił.

Shimon, walcząc z łańcuchem, rzucił się do stóp monarchy.

- Ale ja ci przynoszę olbrzymi dar, dar patrzenia w przyszłość. Musisz mnie wysłuchać! Wasza Wysokość!

Król Jakub się odwrócił.

- Może zastanowię się nad łaską dla ciebie, jeżeli powiesz mi, skąd masz te magiczne mapy, skąd znasz historię przyszłych bitew i śmierci?

Northampton przyklęknął i chwycił Shimona za skołtunioną głowę, po czym szarpnął ją w górę.

- Ocal życie, Żydzie, powiedz królowi, jak zdobyłeś tę wiedzę, a nie stracisz głowy.

- Nie mogę. Jeżeli to zrobię, wszystko będzie stracone.

- Więc dlaczego przypłynąłeś do wybrzeży Anglii i żądałeś audiencji u króla, jeśli nie po to, by szpiegować?

- By zapobiec wojnie, lecz nie po to, by zdradzić sam Czas.

Konsekwencje własnej odysei wisiały jak ciemne chmury nad głową Shimona, uosabiały ślepą wiarę i nieskończoną nadzieję, że znajdzie człowieka o odpowiedniej władzy i inteligencji, który zrozumie i wykorzysta to, co on odkrył. Uważał, że tym człowiekiem jest król Jakub, a teraz stracił wszystko. Wciąż jednak była mapa, którą narysował - mapa wyrzeźbiona krajobrazami przyszłych lat, dziesięcioleci i wieków. Kiedyś ktoś ją znajdzie i pójdzie za jej wskazówkami.

- Co mówi więzień? - Królowi Jakubowi nie podobały się te zagraniczne pomruki, ta histeria, która wydawała mu się tak mało chrześcijańska. Hrabia wstał i skłonił głowę.

- Nie chce ujawnić swoich metod, Wasza Wysokość.

- W takim razie musi spłonąć na stosie.

- Spłonąć na stosie, Wasza Wysokość? Szpiedzy nie płoną - wtrącił sędzia Winch.

- Ten spłonie - oznajmił król, po czym wsiadł do lektyki i zaciągnął zasłonę. Chwilę później wciągnięto Shimona z powrotem na wóz.

 

Na zewnątrz tłum już czekał i więzienny wóz znów potoczył się po kocich łbach pośród okrzyków radości i szyderstw.

Kiedy wjechali w alejkę, Shimon kątem oka zobaczył kobietę stojącą z tyłu, z dala od tłuszczy. Czarna szata owijała jej posągową postać, a długie, rude włosy skrywał czepiec. Znów spojrzał na nią zszokowany. Rozpoznałby ją wszędzie, a tego dnia po raz pierwszy naprawdę ogarnęło go przerażenie. Była to nauczycielka jego siostry, Angielka, która dawno temu doniosła na jego rodzinę inkwizycji, a to był jeden z powodów, dla których musieli uciekać z Hiszpanii.

- Maldita seas! - powiedział głośno. - Przeklinam cię swoją śmiercią i śmiercią moich rodziców, brata i siostry.

Hrabia, który siedział już na swoim ogierze i jechał tuż za wozem, zauważył nagłe poruszenie więźnia. Odwrócił się do sędziego Wincha.

- Wciąż uważam, że to dziwaczna egzekucja jak na szpiega.

Winch, którego pociągłą twarz wykrzywiał grymas niechęci i lęku, splunął na kocie łby. Później, ukrywając nienawiść do katolików - sekretną czy jawną - spojrzał na Northamptona, ale jego twarz nie wyrażała niczego.

- Wiesz, jaki król potrafi być uparty, jeżeli chodzi o prześladowanie okultystów. Z drugiej strony, jeśli spalimy go na stosie, będziemy pewni, że jego władza, zarówno jako czarownika, jak i szpiega, pójdzie z dymem.

Hrabia spojrzał przez ramię na drżącego z zimna więźnia. Pomimo śladów tortur na twarzy, dłoniach i stopach, mimo że go obrzucano zgniłymi owocami i wyśmiewano, Hiszpan stał dumnie wyprostowany, a jego szczupła postać była pełna godności. Northampton zazwyczaj kojarzył taką postawę z męczennikami za wiarę, a nie z heretykami z zagranicy. Egzekucje czarowników i palenie czarownic na stosie to praktyki, które hrabia wspierał wyłącznie publicznie i tylko po to, by uspokoić króla Jakuba, osobiście interesującego się tymi prześladowaniami od czasów, kiedy jeszcze był władcą Szkocji; napisał wtedy nawet książkę na ten temat, zatytułowaną Daemonologie. Hrabia był teraz wiekowym, siedemdziesięciopięcioletnim mężem stanu i tylko ze względu na polityczną presję zgodził się reprezentować króla podczas egzekucji.

- Z drugiej strony, panie sędzio Winch, szkoda, że nie udało ci się wycisnąć z tego Hiszpana, gdzie znajduje się ten wielki „skarb". Wiem z dobrych źródeł, że król chciał mieć ten skarb na własność, by ofiarować go później Filipowi, królowi Hiszpanii.

Tym razem sędzia nie wysilił się na odwrócenie się do hrabiego. Nie spuszczał oczu z więźnia, trzymającego się chybotliwie na nogach.

- Jeżeli rzeczywiście istnieje jakiś wielki skarb... Poza tym, mój drogi Northamptonie, czy nie widzisz, że Ruiz de Luna użył czarów, by nie czuć bólu, i właśnie dlatego nie udało mi się wydobyć z niego informacji, które były ci potrzebne? Jeżeli ten wielki skarb pozostaje w kręgu czarów, to lepiej, żeby sekret zginął wraz z nim. Kiedy Anglia staje do boju, staje z Chrystusem po swojej prawicy.

- Amen, to święta prawda - dodał hrabia, by nie pozostawić wątpliwości, gdzie umiejscawia własne poglądy polityczne.

Wąska alejka otworzyła się nagle przed nimi i wjechali na miejski rynek. Obok szubienicy ułożono wielki stos drewna, z którego wystawał słup jak maszt okrętu. Tłum już czekał, nie bacząc na śnieg, który padał na głowy i ramiona. W oczach i na twarzach można było wyczytać oczekiwanie.

Pochyliwszy się do przodu, poza zasięg uszu gwardzistów królewskich, którzy jechali razem z nimi, Northampton warknął do ucha sędziego:

- Pamiętaj, Winch, że można pomylić taką magię z odwagą. Jeżeli ktoś tu oszukuje, przyrzekam ci, że się dowiem. A jeżeli nie ja, to dowie się o tym historia. W końcu to ona oceni ciebie, mnie i ten dzień, mój przyjacielu. A ten czas nieuchronnie się zbliża.

Gwardziści już pomogli więźniowi zejść z wozu i prowadzili go w kierunku stosu. Shimon potykał się, niemal mdlał, przepychano go przez tłum, który teraz zamilkł. Panowała cisza jak makiem zasiał, wywołana bliskością przerażającej śmierci. Niektórzy nawet wyciągali ręce i dotykali go, jakby chcieli odwrócić od siebie zły los, wyciągnięte ramiona były jak las dziwacznych uczuć. Inny pluli albo zmawiali pod nosem modlitwy. Nie tak to sobie Shimon wyobrażał. Widział większą chwałę, widział, jak na miejskim placu wszem wobec, dumnie i głośno dokonuje ostatniej spowiedzi. Dotarł do podwyższenia. Przy stosie drewna stał kat z zasłoniętą twarzą - olbrzymi, muskularny mężczyzn ponurym wyglądzie.

Kiedy prowadzono Shimona do stosu, potknął się. W mgnieniu oka kat znalazł się przy jego boku i pomógł mu stanąć na nogi.

- Spokojnie, chłopcze - szepnął, a jego łagodny głos był zaprzeczeniem groźnej postury. Przywiązywał teraz Shimona do pala.

Zbliżył się zakapturzony ksiądz i zaproponował ostatnie namaszczenie. Shimon pokręcił głową. Z tłumu natychmiast wyrwał się pomruk niechęci - taka odmowa dowodziła tylko, że alchemik jest winny. Ktoś krzyknął: „Wyznawca szatana!". Ignorując tłuszczę, Shimon spojrzał w górę, na zachmurzone niebo - zupełnie odmienne od nieboskłonu jego ziemi rodzinnej - i zaczął mruczeć pod nosem własne modlitwy po hebrajsku. Tak intensywnie dyskutował z Tym, Którego Imię jest Niewypowiedziane, że ledwo dostrzegł pierwszą iskrę i rozbłysk ognia w dłoni kata.

Kat spojrzał na Northamptona. Czekał na znak. Arystokrata uroczyście skinął głową. W dziwnie tanecznym geście ponury, rosły mężczyzna pochylił się i podłożył ogień. Nie minęło kilka sekund, a stos zamienił się w płonące słońce, rozświetlające szarość miejskiego placu.

- Oczy Boga, oczy Boga - powtarzał Shimon raz po raz sam do siebie, a płomienie teraz lizały jego stopy. Wpatrywał się w zahipnotyzowany tłum, szukał jakiejś twarzy, swojego ostatniego pocieszenia.

I w końcu ją odnalazł, stała z tyłu, a kształty jej ciężarnego ciała były ukryte pod szatą. Baskijskie rysy twarzy - pod kapturem, żeby nie dostrzegły ich angielskie oczy. Uxue. Ich spojrzenia się spotkały i choć płakała, uśmiechnęła się przez łzy. A może to tylko podszept jego wyobraźni? I wtedy uniosła wisiorek, żeby mógł go zobaczyć - natychmiast rozpoznał ten symbol. Jego tajemnica była bezpieczna. W końcu Shimon poddał się rozdzierającemu bólowi, który zaczął drzeć na strzępy jego stopy.

Hrabia przeżegnał się, wdzięczny, że wijąca się na słupie postać teraz wisi bez życia. Odwrócił się do tłumu i szukał wzrokiem ciemnowłosej, młodej kobiety, z którą szpieg wymienił spojrzenia, ale ta zniknęła.

 

Katakumby Paryża, 1953

Mężczyzna pracował szybko i tak, by go nikt nie zauważył.

Jego latarka wydobywała długie, roztańczone cienie z rzędów starannie poukładanych w stosy czaszek i kości. Obecność zmarłych nie robiła na nim wrażenia. Ciemna podziemna jama, jedna komnata w niekończącym się labiryncie, z ledwie słyszalnym w tle odgłosem przebiegających szczurów i kapiącej wody nie przerażały go do tego stopnia, by musiał nieustannie nadstawiać uszu. Na chwilę przerwał pracę i oparł się o laskę. Stał przed sporym żelaznym krzyżem ustawionym na tle ściany z ciasno ułożonych kości, na których leżał rząd czaszek patrzących na niego z góry ślepymi, zdumionymi oczodołami. Ostatni raz, kiedy był w tym dziwnym miejscu, sześć lat temu, było już po wojnie i zaczynał odczuwać najbardziej dojmującą stratę w całym swoim życiu. Tamtej nocy przyszedł tu, żeby coś ukryć, a teraz wracał, żeby to odzyskać.

Policzył czaszki od krawędzi ściany i znalazł tę, której szukał. Sięgnął na górę i udało mu się wyjąć ją z ciasnej niszy, nie naruszając współtowarzyszek, nie budząc duchów. Trzymał czerep, oświetlając go promieniem latarki. Znalazł pęknięty szew i uniósł tylną część czaszki. W środku był ukryty przedmiot zawinięty w skórę. Odwijał go drżącymi palcami, aż w końcu pokazała się starożytna kronika - jej pożółkłe pergaminowe okładki były spękane jak żyłki, niewielki mosiężny zamek zatrzaśnięty, a ręcznie pisane łacińskie litery tańczyły po kartach jak pajączki. Kronika była ciężka w jego dłoniach, tak jak ciężka była ona, gdy umierała. To była jedyna rzecz, która po niej została.

- Andere - powiedział cicho sam do siebie, jak gdyby wymówienie jej imienia mogło przywołać tę kobietę, a zapach kurzu z książki zabrał go we wspomnieniach z powrotem na wojnę, do Hiszpanii, do boleśnie prostych ideałów jego młodości, która uczyniła go przez moment bohaterem ludu, a co ważniejsze, być może uczyniła go bohaterem we własnych oczach. Do dni, które wyparowały wraz z żalem, smutkiem i słońcem. Później była ta druga Hiszpania i miłość, której zaprzedał duszę i którą później utracił, gwałtowna śmierć, która kazała mu uciekać i przez którą nie przestał uciekać aż do dzisiaj.

Przeklęci, jeszcze nie wygrali! Jego rozmyślania przerwał jakiś odgłos w katakumbach, niesłyszalny dla normalnych uszu, ale jego słuch muzyczny kazał mu ten odgłos zarejestrować. Zamarł. Po chwili znów usłyszał popiskiwania szczurów i drapanie małych pazurków. Odprężył się - to tylko stworzenia nocy takie jak ja, zauważył nie bez sympatii do małych gryzoni.

I nagle, gwałtownie, z hukiem zwalił się na niego zabójca, a cienki drut garoty zaczął dławić mu szyję. Muzyk natychmiast celowo upadł na plecy, żeby powalić napastnika na kamienną podłogę. Udało mu się przycisnąć szczupłą postać do ziemi i wcisnąć kciuk pod drut garoty, co dało mu kilka sekund potrzebnych na sięgnięcie drugą ręką po laskę. Postać przyciśnięta do podłogi wydawała się zadziwiająco mała pod jego potężnym ciałem, ale zabójca poruszał się z wprawą doświadczonego mordercy, zaciskał bezwzględnie drut garoty, wił się i obracał. Muzyk, którego umysł teraz pracował jasno, jak umysł byłego żołnierza, wcisnął koniec laski w miejsce, gdzie trzymał kciuk. Następnie dwoma rękami pociągnął laskę do przodu i zerwał garotę. Odwrócił się i rozpoczął walkę z zabójcą, który, jak teraz dostrzegł, miał na sobie kominiarkę. Muzyk, chociaż chory, był silny i wprawiony w walce. Kilka sekund później miał dłonie zaciśnięte na gardle napastnika. Po minucie ten już nie żył.

Zabójca osunął się bez życia, był zadziwiająco lekki w ramionach muzyka. Mężczyzna położył ciało na zimnych kocich łbach i pozwolił, by cisza katakumb zamknęła się nad nimi jak mrok nocy. Przykucnięty przy rozciągniętych na kamieniach zwłokach czekał, nasłuchując, na wpół spodziewając się kolejnych napastników. Niczego nie usłyszał, oprócz niego i zwłok w katakumbach nie było nikogo. Sięgnął ręką i ściągnął kominiarkę - ujrzał twarz młodej kobiety, bez makijażu, z czarnymi włosami przystrzyżonymi tuż przy skórze, jak w wojsku. Jej ciało było lekkie, klatka piersiowa płaska. Pod kurtką znalazł wisiorek, dziwaczny symbol, który wydał mu się znajomy. Pociągnął za łańcuszek i przyjrzał mu się obojętnym wzrokiem. Zatrzyma go. Może to jakiś ślad.

Odwrócił się w kierunku kroniki leżącej teraz pod krzyżem. Była nienaruszona. Z uczuciem głębokiej ulgi podniósł ją z ziemi. Trzeba ją zwrócić rodzinie. Nie będzie żył na tyle długo, żeby ją zawieźć tam, gdzie powinna się znaleźć, ale był mężczyzna, którego znał, ktoś, kogo kochał, a kto zawdzięcza mu życie. Ten właśnie mężczyzna - on i tylko on - będzie mógł odwieźć to, co od pokoleń należy do rodziny, być może nawet rozwikłać historię dziwacznych map, którą zawiera kronika. Spojrzał na zegarek. Była trzecia nad ranem - psia warta, jak mówiło się w okopach. Będzie musiał wyjechać jeszcze dziś, zanim znów spróbują go zabić i raz jeszcze wykraść mu kronikę.

ROZDZIAŁ 1

Kensington, Londyn, 1953

- Mocniej, mocniej, wielkoludzie! Jestem cała twoja! - dziewczyna, która siedziała okrakiem na Auguście, krzyczała po rosyjsku, długie włosy opadały jej na twarz jak ciężka woalka, a małe sterczące piersi przyciskały się do mężczyzny.

- Wielki jesteś, chłopcze, da!

- Wielkolud, da! - krzyknął August, próbując całkowicie oddać się przyjemności. Tego wieczoru kochali się już po raz czwarty w ciągu siedmiu godzin, on przyjechał bardzo pijany, po to, by wytrzeźwieć. Był jak rozpędzony samochód, który ma zaraz rozbić się o drzewo, a kac, na który czekał, już zaczynał ściskać mu głowę i gałki oczne.

- Da! - dziewczyna szczytowała, a on tuż po niej. Orgazm rozpędził się do łomoczącego bólu głowy, jej szczupłe ciało wygięło się w łuk, jak u gimnastyczki. Interesująca perspektywa, odnotował August, ten widok przypominał mu rysunek Egona Schielego. Jej białe ciało, pociągnięcie grubego pędzla artysty, zakończone grubą, ciemną kępką włosów między udami, było liryczne i erotyczne zarazem, ale w końcu on był miłośnikiem piękna. Czy to dlatego pozwolił jej spędzić ze sobą całą noc? Sam się nad tym zastanawiał, kiedy unosiła się znad niego i przetaczała na drugą stronę łóżka.

August usiadł i zaczął skręcać papierosa. Po chwili w panice zdał sobie sprawę, że zapomniał, jak dziewczyna ma na imię. Irina? Jelena? Jolanta? Była z Leningradu, to pamiętał. Ogromne zielone oczy, pociągła, nieco kocia twarz i do tego niezwykle zmysłowe intelektualne zacięcie. Poznali się w barze, do którego chodził posłuchać jazzu, zawsze pełnym studentów i emigrantów z różnych części Europy. Podeszła do niego uzbrojona w płonący gniew i seksapil, który elektryzował powietrze, i zapytała, czy woli słuchać saksofonu, czy trąbki, a później kazała sobie postawić wódkę. Była pełna idealizmu i słodko-gorzkich anegdot z czasów okupacji, w opowieściach zabrała go z powrotem do czasów jego młodości i do tego wszystkiego, co stracił, kiedy stał się cynikiem. Właśnie dlatego zaprosił ją do siebie, ale nie planował, że zostanie na noc. Nigdy nie pozwalał im zostawać na noc, nie tym na jeden raz. Robił się z tego za duży bałagan - w jego życiu jedne kobiety były do jednego, inne do czegoś innego, tak właśnie funkcjonował już nie pamięta od jak dawna. Poza tym August miał niejasne wrażenie, że umówił się z kimś na rano, ale nie pamiętał, z kim i gdzie, a kac mu nie pomagał sobie przypomnieć.

- Potrafisz czytać w moim języku?

Odwrócił się. Trzymała w dłoniach egzemplarz Wojny i pokoju po rosyjsku.

- Trochę mówię, ale nie za dobrze - powiedział jej po rosyjsku, niechętnie ujawniając coś więcej o sobie.

- To dobrze - odparła, a później wyskoczyła z łóżka. Nie mogła sobie znaleźć miejsca, tak jak niektóre kobiety po godzinach spędzonych na miłości. Naga, jak ją Pan Bóg stworzył, i w świetle poranka - widział teraz, że rzeczywiście dziewczyna ma ciało i grację tancerki. Była również boleśnie młoda, młodsza, niż mu się wydawało poprzedniego wieczoru. Podeszła do kominka i zdjęła z półki fotografię podpisaną „1933, Harvard, Cambridge".

- To z twoim ojcem, tak?

Bezczelnie młody August patrzył wyzywającym wzrokiem z ram zdjęcia, a aura uprzywilejowania i utytułowania otaczała go jak nie wiadomo skąd padające słabe światło. Miał bardzo jasne blond włosy, a z jego całej postaci promieniował optymizm. To był dzień ukończenia studiów. Stał w todze i birecie przy boku swojego ojca - senatora Winthropa z Partii Republikańskiej. Dłoń patrycjusza spoczywała na barku młodego Augusta: król z następcą tronu. August zapalił skręta i dmuchnął długą, chłodną chmurką białego dymu - nikotyna przytępiała kaca.

- Dawno, dawno temu - odpowiedział z goryczą większą, niż zamierzał.

- Dawno, dawno temu? To nie żadna bajka, to twoje życie, no nie?

- Wieki go nie widziałem. Pokłóciliśmy się.

- Pokłóciliście się? - Ostrożnie odłożyła fotografię, jak gdyby kładła dar wotywny na ołtarz.

- Na temat Marksa, jeśli chcesz wiedzieć.

- Aha, to tak jak my wczoraj wieczorem. - Uśmiechnęła się i nie wiadomo dlaczego wydawała się teraz nieco mniej naga.

- Nie, nie tak jak wczoraj wieczorem. Mój ojciec to faszysta.

- Amerykański faszysta? To niemożliwe.

- To możliwe.

Wzruszyła ramionami i przeszła do następnej fotografii.

- A to, to jak byłeś na studiach?

Spojrzał przez ramię. Zdjęcie zrobiono na rzece Cherwell w Oksfordzie - trzech studentów na łodzi odpychanej drągami od dna, w słoneczny dzień zawieszony gdzieś w...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin