Oczy szeroko zamknięte. Miejsce pod słońcem. Wojny Izraela. Konstanty Gebert
Pierwsza wojna libańska (1982)
Jasmin Mohamed al-Kurdi miał piętnaście lat i właśnie się zaręczył. Lato 1982 r. nie było dobrym czasem na planowanie życiowych posunięć dla kogoś będącego Palestyńczykiem mieszkającym w obozie Szatila. Ale dla libańskich Palestyńczyków w ogóle nie było dobrego czasu. Uciekli do Libanu z Jordanii, po tym jak w 1970 r. król Jordanii Husajn I5 utopił we krwi próbę Jasira Arafata i jego OWP zbrojnego przejęcia władzy w królestwie. W walkach z armią jordańską zginęło wówczas ponad tysiąc Palestyńczyków. Pod presją Syrii Liban zgodził się przyjąć uchodźców. Zrazu schronili się w kontrolowanej przez Syrię Dolinie Bekaa, 30 km na wschód od Bejrutu, wkrótce jednak opanowali całe południe Libanu, i zainstalowali się też w zachodniej, muzułmańskiej części libańskiej stolicy. „Patrzcie – mawiał Arafat – kiedy tu przybyłem, dali mi jedynie skrawek ziemi pod namiot. Dziś jestem gubernatorem Bejrutu”.
Swój sukces palestyński przywódca zawdzięczał libańskim muzułmanom. Ich kraj wykroiła w okresie międzywojennym Francja z terytorium Syrii, które po upadku imperium otomańskiego jej przypadło w udziale. Formalnie Liban uzyskał niepodległość w 1943 r. Chodziło o zapewnienie ojczyzny dla libańskich chrześcijan – arabskich maronitów, wyznawców dawnego Kościoła Wschodniego uznającego jednak zwierzchnictwo Rzymu i tradycyjnie zwróconego ku Zachodowi. W podzielonym religijnie Libanie stanowili oni zrazu połowę ludności i konstytucja gwarantowała ich kandydatowi stanowisko prezydenta. Premierem musiał być muzułmanin sunnita, przewodniczącym parlamentu – muzułmanin szyita. Ten system działał do początku lat siedemdziesiątych, kiedy to muzułmanie, którzy w tym czasie stali się większością, zaczęli domagać się decydującego wpływu na funkcjonowanie państwa zdominowanego przez chrześcijan. Ci odmawiali, obie strony zaczęły się zbroić. Do wojny domowej jednak nie dochodziło: przewaga chrześcijan była zbyt miażdżąca.
Dlatego Palestyńczycy z OWP, uzbrojeni i zaprawieni w bojach muzułmanie, spadli swym libańskim współwyznawcom jak manna z nieba. Niektórzy palestyńscy przywódcy, jak choćby głośny terrorysta George Habash, pochodzili wprawdzie z zeświecczonych rodzin prawosławnych, lecz politycznie byli na lewicy, a więc po stronie mas muzułmańskich. Wojna domowa, która wybuchła w 1975 r., charakteryzowała się niesłychaną brutalnością po obu stronach. Setki chrześcijańskich cywilów zginęły w masakrze podczas palestyńskiego szturmu na maronicką miejscowość Damour, i setki palestyńskich cywilów zabito podczas maronickiego ataku na obóz Tel Zataar. Każda taka masakra wywoływała po stronie przeciwnej chęć odwetu, każdy odwet zapowiadał nowe bestialskie mody. Choć sojusz palestyńsko-muzułmański zasadniczo się utrzymywał, dochodziło też do walk i rzezi między szyitami, sunnitami, druzami i OWP, jak również wewnątrz obozu maronickiego, między falangistami wiernymi rodowi Dżemajel, a oddziałami lojalnymi wobec rodu Chamounów. W sumie liczbę ofiar libańskiej wojny domowej do 1982 r. szacuje się na około 100 tysięcy ludzi. Syria, która nigdy nie uznała niepodległości Libanu, skorzystała z wojny domowej i w rok po jej wybuchu wprowadziła do Libanu swe wojska. Oficjalnym celem Damaszku było przywrócenie ładu w Libanie, w rzeczywistości Syria wspierała na przemian, zbrojnie i krwawo, obie strony, dążąc do przejęcia całkowitej władzy nad Libanem. Państwo libańskie istniało jedynie na papierze.
Nigdzie nie było to tak widoczne, jak w kontrolowanym przez OWP południu Libanu. Bojówki palestyńskie bezlitośnie terroryzowały i łupiły mieszkających tam szyitów, a zarazem z pozycji przygranicznych atakowały terytorium Izraela. Bywało, że mieszkańcy miast izraelskiej północy przez kilka dni z rzędu, ze względu na ostrzał palestyńskich dział i katiuszy, szczodrze przekazanych przez Syrię z sowieckich dostaw broni, nie mogli wychodzić ze schronów. Z kolei izraelskie akcje odwetowe powodowały liczne ofiary po libańskiej stronie granicy. Na początku lat osiemdziesiątych izraelski premier Menachem Begin i jego minister obrony Ariel Szaron uznali, że bezpieczeństwo kraju zapewnić może jedynie zniszczenie infrastruktury militarnej OWP w Libanie. Zawarli sojusz z Falangistami Pierre`a Dżemajela, choć formacja ta wywodziła się z jawnie profaszystowskich ruchów lat trzydziestych, zafascynowanych Mussolinim i Hitlerem. Izrael i falangistów łączyła wspólna wrogość wobec Palestyńczyków, a także przeświadczenie, że na muzułmańskim Bliskim Wschodzie Liban powinien być krajem dla chrześcijan, tak jak Izrael jest krajem dla Żydów. Izraelczycy dostarczali Falangistom broń, ci zaś wspierali izraelskie akcje odwetowe wobec organizacji palestyńskich. Szaron i izraelscy dowódcy żywili nadzieję, że po przywróceniu chrześcijańskiej kontroli nad Libanem kraj ten może zawrzeć pokój z Izraelem i stać się jego sojusznikiem. W rzeczywistości jednak falangiści zamierzali jedynie posłużyć się Izraelczykami, by poprawić stosunek sił w Libanie, tak jak wcześniej muzułmanie posłużyli się Palestyńczykami. Źle to wszystko wróżyło Jasminowi al-Kurdi i tysiącom takich, jak on.
Szaron nie był nowicjuszem na izraelskiej scenie politycznej. Aż do wylewu, który go powalił w marcu 2006 r., był na niej znaczącą, a od wyboru go w 2001 r. na premiera – wręcz dominującą postacią. Ehud Olmert tylko dlatego został jego następcą, że przedtem był jego zastępcą: cień Szarona pogrążonego w stanie śpiączki nadal pada nie tylko na Izrael, lecz i na cały Bliski Wschód. Arabskie media już przestały go porównywać z Hitlerem: gdy został premierem, pisały, że jest gorszy niż Hitler. Dziś znienawidzony, już wówczas w oczach Arabów uosabiał czyste zło. Na niezliczonych rysunkach, transparentach, graffiti, przedstawia się go jako rzeźnika, z rękami unurzanymi we krwi po łokcie. Albo jako wampira, z wystającymi kłami. Albo jako ludożercę, żywcem pochłaniającego arabskie dzieci. W satyrycznym programie kuwejckiej telewizji aktor grający jego postać pił szklankami ludzką krew.
O Arabach mówił z respektem. „Arabscy żołnierze są bardzo dzielni, walczą do śmierci” – powtarzał w wywiadach. Zapewniał o szacunku, jaki wzbudził w nim egipski prezydent Sadat, który w negocjacjach pokojowych z Izraelem gotów był iść na rozmaite kompromisy – lecz nie oddał ani piędzi egipskiej ziemi. „Ziemia jest święta, powtarzał mi. A my co: gotowi jesteśmy tu oddać, tam oddać, granicę tędy, owędy. Uczmy się od Arafata. On też nie ustępuje na krok”.
Jest państwowcem. Gdy w 1977 r. został ministrem rolnictwa i szefem międzyresortowego komitetu do spraw osadnictwa, założył 240 nowych osiedli żydowskich na terytoriach okupowanych. Ale w 1981 r. jako nowy szef resortu obrony miał nadzorować wykonanie traktatu z Egiptem, który przewidywał między innymi likwidację osiedli żydowskich na zwracanym Egiptowi Synaju. Gdy w mieście Jamit osadnicy odmówili podporządkowania się, nie zawahał się usunąć ich siłą.
Ariela Szarona bardzo trudno jest zaszufladkować. Jego oficjalna biografia nosi tytuł Wojownik, i wojna rzeczywiście naznaczyła jego życie i życie tych, z którymi wojował. Gdy jako dwudziestoletni dowódca plutonu w izraelskiej wojnie o niepodległość 1948 r. uczestniczył w najkrwawszych jej bitwach, miał już za sobą sześcioletnie doświadczenie w Haganie. Wspominał potem, jak leżąc na zboczu pod Latrun, przygnieciony dziesiątkującym jego oddział arabskim ogniem, którego nie przewidzieli sztabowcy, obiecał sobie, że unowocześni armię izraelską tak, by już nigdy nie było takich pomyłek. Udało mu się to, ale szefem sztabu, wbrew marzeniom, nie został. Na drodze stanęła mu partyzancka niesubordynacja – i zbyt wiele przelanej przez niego krwi.
W październiku 1953 r. komandosi, którymi dowodził (to jego okrzyk: „Za mną!” stał się najważniejszym rozkazem izraelskich oficerów) zdobyli jordańską wioskę Kibia, z której wielokrotnie terroryści atakowali Izrael. Mieszkańcy uciekli, a wszystkie domy w wiosce komandosi wysadzili w powietrze. Potem niezbyt przekonująco tłumaczyli, że nie wiedzieli, iż w piwnicach ukryło się 63 cywilów, którzy nie zdążyli uciec. Wszyscy zginęli. W trzy lata później, podczas izraelskiej ofensywy na Synaju, wbrew rozkazom, wyznacza swym spadochroniarzom zadanie zdobycia przełęczy Mitla. Natrafiają na przeważające siły egipskie. Szaron traci większość swej brygady i szanse na awans. Lata później okaże się, że w Mitli zabito też około 200 egipskich jeńców. Choć Szaronowi niczego nie udowodniono, jego nazwisko jest łączone również z tą zbrodnią.
Na Synaj wraca ponownie w 1967 r., błyskotliwie dowodząc brygadami pancernymi, które ponownie pokonały Egipcjan. Później skutecznie kieruje represjami przeciw terrorystom i ich domniemanym poplecznikom w Gazie. Mimo sukcesów odchodzi rozgoryczony z armii. Stanowisko szefa sztabu sektora Południe to jednak nie to samo, co stanowisko szefa sztabu. Jest to także dla Szarona czas osobistych tragedii. Jego ukochana żona ginie w wypadku samochodowym, a cztery lata później, w żydowski Nowy Rok w 1967 r. ich jedyny syn zostaje przypadkowo zastrzelony przez kolegę, który bawił się bronią. Chłopiec zmarł ojcu na rękach. Był to, mówi Szaron, „najcięższy moment w moim życiu”.
Generał żeni się powtórnie, z Lili, młodszą siostrą zmarłej żony. Z tego związku rodzą się dwaj synowie. W 2000 r. Lili zmarła po długiej walce z rakiem. Szaron pochował ją na fermie Sykomory, którą razem założyli na Negewie; często odwiedza jej grób. Fermę prowadzi dziś ich młodszy syn, Gilead. „Na koniach i zbożu znam się lepiej niż na polityce” – powtarzał Szaron, który lubił też sobie kpić ze swojego ogromnego brzuszyska.
Choć ma jeszcze dom w arabskiej części jerozolimskiego starego miasta, kupiony po to, by udowodnić prawo Żydów do mieszkania tam, woli fermę i dumny jest z rolniczych umiejętności syna. W tym przywiązaniu do ziemi, podobnie jak w sceptycznym stosunku do religii, w głębokim poczuciu związku z trzyipółtysiącletnią historią narodu żydowskiego i przekonaniu, że w ostatecznym rozrachunku decydujący będzie czyn, a nie polityczna gadanina, Szaron przypomina wielkich przywódców lewicy syjonistycznej lat trzydziestych i czterdziestych. W Izraelu jednak już nikt tak nie mówi i nie myśli. Szaron jest równie anachroniczny jak w II Rzeczpospolitej Marszałek Piłsudski. Drugi syn Szarona Omri całe noce spędza w telawiwskich pubach i dyskotekach, i z pewnością nie ma powołania do uprawy roli. Ale to on, a nie Gilead, stał się politycznym powiernikiem i współpracownikiem ojca. I to on, gdy na początku dekady na jaw wyszły korupcyjne interesy, które prowadził, w końcu w 2006 r. został skazany na siedem miesięcy więzienia. Na interesach tych korzystać miał w swej karierze politycznej ojciec Gileada, lecz prokuraturze nie udało się udowodnić mu zarzutów.
Po odejściu z armii Szaron postanowił bowiem zająć się polityką. Choć sam, podobnie jak większość izraelskich oficerów, związany był z Partią Pracy, zbliżył się do środowisk prawicowych. Zapytany wiele lat później, dlaczego odszedł z Partii Pracy, odpowiedział: „To nie ja od was odszedłem, to wyście odeszli od siebie”. Istotnie: ideologia zasiedlania całej Ziemi Izraela, od Jordanu do morza, została przez lewicę zarzucona, i to właśnie wówczas, gdy po zwycięstwie 1967 r. i przyłączeniu Zachodniego Brzegu pojawiła się szansa jej realizacji. Ale lewica, nieustannie sprawująca władzę od 1948 r., nauczyła się realpolitik i odpowiedzialności. Prawicowa opozycja zaś nadal żyła marzeniami i złudzeniami. To właśnie młodzi religijni prawicowcy zakładali pierwsze, zrazu nielegalne osiedla na terytoriach okupowanych – i to pociągnęło Szarona na prawo. Czyn, powtarzał, nie gadanina. Ale do czynu, o czym generał rezerwy wie najlepiej, potrzebna jest siła. To z inicjatywy Szarona koalicja pięciu małych partii prawicowych tworzy jeden blok wyborczy: Likud. Szaron szykuje się do pierwszych w swoim życiu wyborów.
W tym czasie jednak armia znów upomina się o niego. Latem 1973 r. oczywiste było, że Egipt szykuje atak, nie było wiadomo jedynie, kiedy. Szaron wraca do służby czynnej, ale i on nie potrafi przewidzieć daty. Gdy w Jom Kipur tego roku, najświętszy dzień w żydowskim kalendarzu, wojska egipskie lądują na prawym brzegu Kanału Sueskiego, zaskoczenie jest kompletne. Izraelowi w oczy spogląda klęska. Ale gdy wszyscy myślą o obronie, Szaron planuje atak. Montuje największą operację w wojskowej historii Izraela, z udziałem 27 tysięcy żołnierzy. Przeprawia się na drugi brzeg Kanału, odcina atakującą na Synaju egipską 4 Armię – i kieruje się na Kair. Między nim a egipską stolicą nie ma nic. Nie reaguje na rozkazy swojego rządu, przekonany, że trzeba wykorzystać nieoczekiwaną szansę. Gdy wreszcie powstrzymuje go mieszanina rozkazów i błagań premier Gołdy Meir, amerykańskich nacisków i gróźb wejścia ZSRS do wojny, od Kairu dzieli go zaledwie 101 km. Wtedy po raz pierwszy uwielbiający go żołnierze śpiewają mu „Arik, melech Israel” – „Arik, król Izraela”. Do służby czynnej już nie wróci, ale uświadamia sobie też, że są stanowiska jeszcze bardziej warte zdobycia niż pozycja szefa sztabu.
Pierwsze lata w polityce mijają jednak bez większych wrażeń. Wybrany do Knesetu w 1973 r. z list Likudu, w następnych wyborach startuje, wraz z Yossi Saridem, z założonej przez siebie partii Szlomcijon. Obaj wchodzą do parlamentu. Sarid jest przywódcą opozycyjnej świeckiej, socjaldemokratycznej partii politycznej Merec. W dwadzieścia lat później Sarid, który w końcu wycofał się z polityki, był przywódcą lewicowej opozycyjnej partii Merec i śmiertelnym wrogiem Szarona.
Jako minister rolnictwa Szaron rozbudowuje osiedla żydowskie na terytoriach okupowanych. Czeka. Jego wielka godzina wybije, gdy latem 1982 r., już jako minister obrony w kierowanym przez premiera Begina rządzie Likudu, uderzy na Liban.
O swych dalekosiężnych planach Szaron nie informował ani izraelskiej opinii publicznej, ani nawet całego rządu; nie jest też jasne, co o nich wiedział premier Begin. Gdy w maju 1982 r. palestyńscy terroryści ciężko ranili w Londynie izraelskiego ambasadora Shlomo Agrova, rząd zaaprobował operację „Wysokie sosny”. Sprawcy zamachu na ambasadora nie wywodzili się jednak z OWP, lecz z wrogiej Arafatowi grupy Abu Nidala. Dla Szarona jednak wewnętrzne podziały wśród Palestyńczyków były kwestią drugorzędną. Celem planowanej operacji miało być zniszczenie sił OWP na pograniczu i zajęcie terytorium libańskiego aż po rzekę Awali. Po osiągnięciu celów militarnych, eliminacji groźby terroryzmu i uzyskaniu stosownych gwarancji bezpieczeństwa dla Izraela ze strony rządu Libanu, armia miała się wycofać. Ale atak izraelski, rozpoczęty w czerwcu, powiódł się nadspodziewanie dobrze, i Szaron postanowił kontynuować ofensywę. W ryzykownej operacji wojska izraelskie rozbiły siły syryjskie w Dolinie Bekaa (Syria od 1948 r. znajdowała się w stanie wojny z Izraelem i wielokrotnie atakowała jego terytorium). Izraelczycy stanęli na przedpolach Bejrutu i uzyskali nieoczekiwaną szansę rozprawienia się z OWP nie tylko przy granicy. Rozpoczęło się oblężenie miasta, a ściślej jego zachodniej, muzułmańskiej części, znajdującej się pod palestyńską kontrolą. Dla falangistów oznaczało to perspektywę zwycięstwa, po siedmiu latach wojny domowej, nad ich muzułmańskimi wrogami.
scullytailedsquirrel