Perypetie Cullenów.doc

(235 KB) Pobierz
I

I.                   
Zatopiłem zęby w miękkiej i soczystej skórze rysia. Piłem rozkoszując się każdą kropelką jego słodkiej krwi. Byłem głodny, bardzo głodny a to był już piąty ryś, którego zabiłem w ciągu godziny. Gdy już skończyłem, wstałem i rozejrzałem się po okolicy. Dzień dobiegał końca a cienie drzew coraz bardziej się wydłużały. Westchnąłem. Wokół mnie panowała błoga cisza, przerywana tylko cichym szumem niewielkiego strumyka. Reszta mojej rodziny już dawno wróciła z polowania, ale ja byłem zbyt głodny, zbyt niebezpieczny dla Nessie i tego jej kundla… Nessie…. Dlaczego właśnie tak dali jej na imię? Nie mogli po prostu nazwać jej Julia albo Nicol… to takie popularne imiona w dzisiejszych czasach. I jeszcze ten durny szczeniak. To naprawdę staje się nie do zniesienia. Codziennie przesiaduje u nas minimum osiem godzin, cały dom nim cuchnie. Ostatnio nawet znalazłem sierść na swoim ulubionym swetrze, SIERŚĆ! Jest wszędzie. W lodówce, na ubraniach, na dywanie, w schowku na miotły, nawet w szufladzie na moją bieliznę, WSZĘDZIE! To jakaś paranoja. Oczywiści nie narzekam głośno, nie chcę wyjść na rozhisteryzowanego wampira, ale to już przegięcie pały. Czy on nie ma własnej budy? Nawet kupuje sobie rzeczy na kartę kredytową Edwarda. Już ni puka do drzwi jak wcześniej tylko po prostu sobie wchodzi. Nawet klucze dorobił! Wracam z polowania widzę Jacob’a, wychodzę z domu widzę Jacob’a, idę do kuchni tam jest Jacob, rano wychodzę z sypialni widzę Jacob’a, nawet w kiblu go widzę! Dobra, już spokój. Zabije sobie jeszcze trochę rysi i innych milusich zwierzątek i wrócę do domu. Cholera, czy my otworzyliśmy schronisko dla psów? Ci jego kumple też od czasu do czasu nas odwiedzają, wtedy to już zupełnie cała chata cuchnie! Ehhh…..
Po polowaniu.
Wszedłem do domu i jak zwykle w salonie ujrzałem siedzącego na sofie Jacob’a. Grał z Emmetem w najnowszą grę, jakieś wyścigi. Jacob wygrywał, a Emmet powoli zaczynał tracić cierpliwość. Edward komponował kolejną piosenkę specjalnie dla swojej nietypowej córeczki. Carlisle był w pracy, ten to ma dobrze przynajmniej nie musi przesiadywać w tym domu wariatów. Esme, Alice, Bella i Rose siedziały w jadalni i plotkowały o czymś zawzięcie. Mała Nessie rozbrajała pilot od telewizora. Robiła to w takim skupieniu, że ciarki przeszły mnie po plecach. Przeszedłem cicho przez salon i usiadłem na sofie obok Emmeta. Uch…. Ten odór był nie do wytrzymania.
- NIE!!!- wrzasnął nagle Emmet i rzucił padem przez pokój- JAK TO MOŻLIWE!???!
Jacob patrzył na niego z szerokim uśmiechem.
- Wygrałem- powiedział wesoło- znowu wygrałem
Poczułem falę uczuć, które panowały nad moim bratem ciężarowcem. Był tak zły, że bez przeszkód mógł by rozwalić całą chatę a później ją poskładać.
- OSZUKIWAŁEŚ!!!- ryknął Emmet
- Nie prawda- oburzył się Jacob
Wybuchła kolejna awantura. Westchnąłem ciężko. Po chwili do kłótni dołączyły się dziewczyny. Esme ze wszelką cenę chciała rozładować atmosferę i zaproponowała Emmetowi koktajl z króliczej krwi. Nie podziałało. Niespełna po minucie zaczęły latać w powietrzu różnej maści przedmioty, które rzucali w siebie Emmet i Jacob. Poleciał nowy wazon Esme, PS2, głośnik od wierzy, krzesło, obraz Van Goga, rybka w kuli, którą postanowiła hodować Bella. Sytuacja stała się na tyle poważna, że Emmet już podnosił fortepian Edwarda, który wpadł w histerię i próbował odciągnąć brata od swojego instrumentu. Na całe szczęście w ostatniej chwili zapanowałem nad emocjami wszystkich, co kosztowało mnie wiele energii. Całej tej scenie przypatrywała się zaciekawiona Nessie, która zdążyła rozebrać pilot na drobne części.
Salon wyglądał jakby przeszło po nim tornado. I zapadła taka niezręczna cisza.
- Wow- powiedział Jacob, gdy w końcu dotarło do niego, to co się stało
Reszta mojej rodziny nie podzielała jego entuzjazmu. Edward leżał na fortepianie i drżącym głosem szeptał:
- Moje maleństwo. Zły Emmet chciał użyć cię jako narzędzie do zadawania bólu, ale już nigdy nie pozwolę by do tego doszło…
Paranoja. Totalna paranoja.
- To może ja już pójdę- powiedział Jacob wycofując się z pokoju- późno już… będą się o mnie martwić. Do jutra.
Szybko przytulił Nessie (bleeee) i biegiem opuścił dom.
Resztę wieczoru spędziliśmy na sprzątaniu salonu. Niestety jako dobry brat musiałem pomóc Emmetowi naprawić szkody. To było straszne. Nienawidzę sprzątać. Lecz prawdziwy koszmar czekał na mnie w sypialni….
- Jazzzzzz- powiedziała Alice rzucając mi się na szyję- muszę ci coś pokazać. Tylko się nie gniewaj dobrze?
Westchnąłem. Co znowu wymyślił ten mój narwany chochlik? Zaprowadziła mnie do naszego pokoju i zamknęła drzwi. Od razu poczułem zapach jakiejś nowej istoty. Zacząłem niuchać. To jakieś zwierze, nie duże, futrzane, młode. O co do licha chodzi?
- Słuchaj- zaczęła Alice słodkim tonem- nie gniewaj się… proszę ale nie mogłam się powstrzymać. Jest taki słodki.
Pociągnęła mnie w stronę naszej prywatnej łazienki. W kącie na różowym puchowym kocyku (takim gejowskim) siedział maleńki rudy kociak. Obok niego stała miseczka z mlekiem. Zrobiło mi się niedobrze, naprawdę niedobrze.
- Co to??- wyjąkałem
Alice zaszurała nogami i spuściła wzrok
- Nazywa się Puszek… znalazłam go na ścieżce jak wracałam z polowania… Nie mogłam tak po prostu go zostawić na pastwę losu. Jest taki słodki, zobacz, wygląda identycznie jak ten kotek ze Shreka…
Spojrzała na niego czule i pogłaskała po główce. Doznałem szoku. Prawdziwego szoku. Alice przygarnęła kota! Małego, zapchlonego kota! I w dodatku nie miała zamiaru go oddać.
- Oszalałaś?- zapytałem głośno- to kot!!! Piłaś krew jego braci!
Na dźwięk mojego głosu Puszek przestraszył się i zwiał za łóżko. Alice warknęła na mnie.
- I co zrobiłeś? Przestraszyłeś Puszka!
Ominęła mnie, nawet nie zaszczycając mnie spojrzeniem i wyciągnęła kota z pod łóżka. Przytuliła go i szepnęła:
- Nie bój się Jaspera. Nie zrobi ci krzywdy. Wiem, wygląda strasznie, ale to tylko pozory.
Taaaak… to tylko pozory droga Alice, pomyślałem. W tamtej chwili miałem ochotę rozerwać tego kota na strzępy, ale był bezpieczny w ramionach Alice. Po chwili moja żona postawiła go z powrotem na kocyku. Puszek podszedł do miseczki i zaczął pić mleczko. Wyglądał tak słodko, że znowu zaczęło mnie mdlić. Ale najgorsze było to, że Alice przyglądała się jemu z tak wielką miłością, na mnie nigdy tak nie patrzyła. Boże! Jestem zazdrosny o kota!
- Zamierzasz go tu hodować?- zapytałem już nieco ciszej
Alice kiwnęła głową. Jęknąłem. Za jakie grzechy musiałem znosić obecność kolejnego futrzaka pod dachem? W dodatku futrzaka, który zabiera całą miłość i uwagę Alice? Czułem się w tamtym momencie naprawdę odrzucony jak bezpański pies…. Co za porównanie! Naprawdę zaczynam świrować.
Nagle do pokoju wpadła podekscytowana Bella.
- Słuchajcie- wydyszała!- ale numer!!!
- Co?- zapytałem ponuro sądząc, że nic mnie już nie zdziwi.
- Dzwonił Carlisle! Przed chwilą wygrał w zdrapce wycieczkę dla całej rodziny do puszczy Amazońskiej!!!....

II.                 To była wzruszająca chwila. Jedna z najpiękniejszych dla naszej rodziny od czasu przybycia na świat Nessie. Carlisle wygrał w zdrapce wycieczkę do Amazonki. Gdybyśmy umieli płakać na pewno łzy lały by się hektolitrami. Czułem wtedy emocje wszystkich domowników i jak krew ludzką kocham (oj tego nie miałem mówić) poczułem się mega szczęśliwy! Esme siedziała w salonie i wyła ze szczęścia, Edward zagrał na fortepianie Ode do radości (sam nie wiem co widzi w niej pięknego), Emmet rozpierdzielił ekspres do kawy (Carlisle kupił go na wyprzedaży), Bella tańczyła razem z Nessie dziki taniec zwycięstwa, Rose dołączyła do Esme, Alice wywinęła parę piruetów a ja stałem spokojnie i przyglądałem się temu wszystkiemu z dobrze sobie znanym dystansem. Jedziemy do Amazonii, całkowicie za darmo, wszyscy razem. Nowa przygoda, nowe wyzwania. Wszyscy czuli się szczęśliwi. Nagle Bella stanęła jak wryta i podniosła palec do góry. Nastała cisza. Potem moja nowa siostra przemówiła grobowym głosem:
- Nigdzie nie pojadę dopóki nie pochowam Balerona!
Eeeee…. No tak. Może wyda wam się to dziwne ale w tamtej chwili nie było mi do śmiechu.
- Jakiego Balerona?- spytała w końcu Rose
Bella położyła rękę tam gdzie powinno znajdować się jej martwe serce.
- Baleron był najukochańszą rybką jaką posiadałam- wychlipała
Nagle przed oczami stanął mi obraz wściekłego Emmeta, który rzuca w Jacob’a małym akwarium, oblewając przy okazji wszystko wokół wodą. Biedny Baleron (że co?) zginął na miejscu. Miał jedyne dwa tygodnie.
- Bardzo się do niego przyzwyczaiłam- żaliła się dalej Bella- Baleron był zwierzęciem, które najdłużej miałam! Zginął śmiercią tragiczną przez głupotę, przez oto tego- tu wskazała palcem Emmeta- nieczułego osiłka! Wyobrażacie sobie co musiał czuć gdy tak leciał przez pokój? Wyobrażacie sobie? Nie! Bo nikt z was nigdy nie był rzucony bezlitośnie w ciemną otchłań przez olbrzyma!
Przemowa godna prezydenta. Może Bella wstąpiła do jakiegoś ruchu ekologicznego wspierającego wodne stworzonka? Co za głupie myśli wtedy chodziły mi po głowie.
Tak czy siak pogrzeb odbył się. Oczywiście musieliśmy poczekać na głowę rodziny całą noc, aż wróci z dyżuru. Carlisle pojawił się po szóstej rano wymachując wesoło zdrapką. Jak się później okazało zakupił ją razem z gazetą ,,Fachowy ogrodnik”. Czyżby nowe hobby? Bardzo zasmuciła go wieść o tragicznej śmierci rybki Belli i obiecał, że osobiście ją pochowa. Bella chciała wykopać dla niej specjalny grób na tyłach ogródku, ale Emmet nieśmiało zaproponował by po prostu spuścić ją w klozecie co zakończyło się kolejną rodzinną awanturą. Podczas kłótni trup Balerona tajemniczo zniknął, co wywołało jeszcze większą histerie u Belli, ale ja wiedziałem kto jest za to odpowiedzialny. Rzuciłem znaczące spojrzenia Alice, która tylko nieśmiało odparła:
- To nie jego wina Jaz, taki ma instynkt. Ty polujesz na niedźwiedzie, on na rybki.
Tak, to porównanie naprawdę jej się udało. W końcu by uspokoić Bellę, Edward skoczył do sklepu zoologicznego i kupił taką samą rybkę i zabił ją. Udając, że szczęśliwie odnalazł Balerona za kuchenką gazową wręczył trupa Belli. Pochowaliśmy go w ogródku, a Carlisle na życzenie żony Edwarda wygłosił długą i sentymentalną mowę.
Ale największy szał zaczął się, gdy nadszedł dzień pakowania . To było istne piekło. Wszystkie walizki i plecaki zostały wyrzucone na środek salonu. Każdy mógł wybrać sobie jaką walizkę czy też Plecak chcę wziąć. Emmet, jako największy i najsilniejszy z rodziny na życzenie Rosalie upolował największą walizkę, co oburzyło Alice, która chce potajemnie przemycić Puszka za granicę.
- To nielegalne- powiedziałem do niej- mogą uznać go za terrorystę czy coś.
Alice prychnęła.
- Muszę go zabrać! Rozumiesz? Muszę!!!Jazzzzz…… Jeśli tego nie zrobię to on umrze z tęsknoty! Z resztą niech też zwiedzi trochę świata! Jazzz… proszę cię! Zdobądź dla mnie tą walizkę! Ma ona nawet specjalne dziurki i siateczkę! Puszek będzie mógł swobodnie oddychać!
- Emmet już ją zaklepał- oburzyłem się
- To mu ją zabierz! Bądź mężczyzną no!
O nie. Co to, to nie. Nie miałem najmniejszej ochoty wszczynać nowej kłótni, bo jakaś narwana mała miłośniczka kotów potrzebuje walizki z siateczką, by jej zwierzaczek nie udusił się podczas podróży. Na całe szczęście Esme ustąpiła nam swoją walizkę, która także miała dziureczki. Odetchnąłem. Ale najbardziej cieszyła mnie perspektywa tego, że Jacob nie jedzie z nami! Zostaje! Nie ma dla niego biletu! Nie jest członkiem rodziny! HURA!!! Oczywiście był zrozpaczony, gdy dowiedział się, że wyjeżdżamy na całe dwa tygodnie. Dwa tygodnie bez śmierdzącego, ohydnie ciepłego kundla, który ślini się na każdy drobny gest Nessie. To żałosne doprawdy. Podczas pakowania się Alice stwierdziła, że robię się coraz bardziej Emo. Kolejna głupota! Ja Emo? Przecież na miłość Boską nie mam czarnych włosów i nie tnę się żyletkami z byle powodu! Ok., mam bladą cerę, ale wszystkie wampiry tak mają! To naturalne dla naszego gatunku. Na całe szczęście szybko zakończyła ten temat, bo Puszek zsiusiał się na swój kocyk. Fuj! Odór moczu… prawie tak ohydny jak odór tego zaślinionego kundla!
Gdy już się spakowałem postanowiłem razem z Emmetem pograć w pokera. To zawsze mnie relaksowało. W pewnej jednak chwili mój przyszywany brat powiedział:
- Ty! Wiesz, że Amazonia to las tropikalny leżący w Ameryce Południowej! Podobno rzeka, która przepływa przez nią jest najdłuższa na świecie!
- Boże Emmet skąd ty tyle wiesz?- zapytałem z ironią w głosie
Emmet dumnie wypiął pierś.
- Z wikipedii.
Uśmiechnąłem się pod nosem. Czasami głupota Emmeta przerastała moje najśmielsze oczekiwania. Wiedziałem, że jest tępy, ale żyje na tym świecie już ponad 70 lat i czegoś przez te lata mógłby się nauczyć! Gdybym spytał się go o budowę układu rozrodczego nic by nie umiał powiedzieć, ale gdybym zapytał się go o 42 pozycję z Kamasutry od razu znałby odpowiedź!
- Słuchaj Jasper- powiedział po chwili zmieszany Emmet- jak myślisz…. Czy seks w dżungli jest bezpieczny?
O Boże!
- Że co?- zapytałem starając się aby to pytanie zabrzmiało obojętnie.
- No wiesz… czytałem na takiej stronie, że tam żyją takie ohydne robaki, które wszędzie włażą. Jak myślisz… gdybym robił to akurat z Rose to czy taki robak mógł mi by wejść….
Litości!
-… do dupy?!
Nabrałem powietrza w płuca. Ok., wszystko jest dobrze. To tylko Emmet. Takie pytania są na jego poziomie.
- Cóż, myślę, że raczej nie odważył by się- odparłem po chwili- kareta- rzuciłem karty na stół.
Nadszedł dzień wyjazdu. Odlot mieliśmy o dziesiątej rano, ale wyjechaliśmy już o siódmej, ponieważ Alice miała wizję, że się spóźnimy na samolot. Tak więc wpakowaliśmy się do zapchanego jeepa Emmeta i ruszyliśmy. Droga na lotnisko była nawet spokojna nie licząc tego, że wyszło na jaw, że Edward ma klaustrofobie i jęczał cicho wciśnięty między Bellą a dmuchanym materacem Rose (po co jej w Amazonii dmuchany materac?) Jacob uparł się, że odprowadzi nas na lotnisko i poczeka aż odlecimy. Niestety (jupi!) był zmuszony biec za nami. Gdy już w końcu wsiedliśmy do samolotu i usadowiliśmy się wygodnie w fotelach poczułem nagły przypływ radości. Trzeba się w końcu z czegoś cieszyć no nie? Już sobie wyobrażałem jak będę polować na dzikie i nieznane mi zwierzęta. Ach! Nagle Alice położyła swoją dłoń na mojej. Uśmiechnąłem się. Może jeszcze nie do końca przestała się mną interesować?
Lot był spokojny. Graliśmy w skojarzenia, ponieważ po pewnym czasie zapanowała nuda. Przyznam, że było zabawnie szczególnie, że Emmetowi wszystko kojarzy się z seksem! Wszystko! Nawet schabowy z kapustą i grzybami! Ale muszę przyznać, że jego wiedza z seksualnego świata jest porażająca. Rose musi mieć z nim dobrze (o czym ja myślę?!) Niestety sielanka nie trwała długo.
Gdy byliśmy już nad Amazonią coś zaczęło się psuć. Zwolniliśmy. Na początku obsługa zapewniała, że to nic poważnego, ale po paru minutach wybuchła powszechnie znana mi panika. Ludzie wrzeszczeli, płakali, histeryzowali. Tyle negatywnych emocji razem spowodowało, że sam wpadłem w panikę. Jedynie moja rodzina zachowała spokój. No tak. Przecież nic nam się nie stanie. Jesteśmy nieśmiertelni. Nagle pilot przemówił:
- Musimy awaryjnie lądować! Proszę zapiąć pasy i mieć w pogotowiu maski tlenowe. O Boże! Henry to nie ten przycisk! Jaki znowu error? Co? O nie!
Szarpniecie, spokój i znowu szarpnięcie. Alice wbiła mi paznokcie w ramie. Po chwili poczułem jak spadamy. O rany, naprawdę spadamy! Niesamowite uczucie nawet dla wampira!
- Jak to się obsługuję?!- krzyknął Emmet próbując zapiąć pasy
- Idioto!- ryknęła Rose- przecież ty nie musisz!
- Ale tu jest napisane, że w razie nagłego wypadku użyć! Rose pomóż mi jakoś, matko! Te szelki są za ciasne!
- Edwardzie- powiedziała Bella- kocham cię.
Edward przytulił ją i Nessie
- Ja ciebie też!
Nagle Alice szepnęła mi do ucha:
- Jasper. Masz najbardziej zgrabny tyłeczek na świecie i kocham się z tobą kochać!
Co im się wzięło nagle na takie wyznania? Ale muszę przyznać, że z tym tyłeczkiem to było dobre.
Wiedziałem, że ziemia zbliża się, wiedziałem, że będzie wielkie łubudu bu. Jeszcze tylko chwila. Dlaczego pomyślałem wtedy o kremówce? Przecież nigdy nie jadłem kremówki.
ŁUPPPPPU DUPU! I stało się…

III.              Ciemność. Widzę światełko w tunelu. Jest takie piękne.. ale zaraz. Zawsze się mówi by nie iść w stronę światła. Co to za smród? Cuchnie jak kanapka, którą Emmet hodował by sprawdzić co się stanie. Fuj! Pomocy! Przestałem oddychać. Tak, to najlepsze rozwiązanie. Po prostu przestać oddychać. Ale zaraz, ktoś ciągnie mnie za włosy…
- Jasper na litość boską!
Ciemność zniknęła. Zorientowałem się, że leżę na rozwalonym fotelu we wraku samolotu. Przez popękane okna wlewała się małymi strumykami woda a wraz z nią jakieś zielone paskudztwo. Teraz już wiem. Jesteśmy w Amazonii, nasz samolot rozbił się, a osoba, która ciągnęła mnie za włosy to Nessie. Podniosłem się ostrożnie i rozejrzałem. Wokół mnie zebrała się cała rodzina. Patrzyli na mnie przerażonymi oczami. Alice drgała dolna warga. O co do licha chodzi?
- Co?- zapytałem
- Nie kontaktowałeś przez dłuższy czas!- wyszlochała Alice- myśleliśmy, że coś ci się stało.
Matko! To pewnie przez te głupie myśli o kremówkach. Było mi trochę wstyd. Zachowałem się jak zwykły człowiek. Szybko jednak otrząsnąłem się z szoku. Trzeba było zacząć działać.
- Więc- zacząłem powoli- to co robimy?
Pierwszy odezwał się Carlisle.
- Złożę oficjalne zażalenie. Jak oni mogli wysłać w podróż takiego grata? To oburzające doprawdy.
Dotknął palcami skroni próbując się uspokoić. Zawsze zastanawiało mnie to jak on to robi, no wiecie jak może być taki spokojny w katastroficznych sytuacjach. Czasami zdaje mi się, że nic go nie rusza.
W końcu zauważyłem, że Emmett nadal siedzi zaplątany w szelki z maską tlenową na ustach.
- Wow, ale czad- powiedział po chwili- ostatnio tak dobrze się bawiłem podczas festynu w Forks… wygrałem wtedy….
- Dobra, dobra- przerwała mu ostro Rose- znamy tą historię.
Po paru minutach udało nam się wyjść z wraku. Okazało się, że wylądowaliśmy po środku jakiegoś bajora. Wszystko wokół było takie zielone, wielkie i cuchnące. Wiedziałem, że Amazonia jest dzika, ale żeby aż tak?
- Słuchajcie- zaczął Carlisle- trochę spraw organizacyjnych. Niestety zalało nam bagaże, ale zdołałem uratować mapę. Myślę, że z jej pomocą uda nam się wydostać z dżungli.
Alice zaszlochała. No tak. Przecież trzymała w walizce Puszka. Teraz pewnie biedny kociak siedzi mokry i zasmarkany sam, w ciemnościach.
- Powinniśmy ruszać w drogę jeżeli chcemy jak najszybciej się Stąd wydostać- kontynuował Carlisle.
Ruszyliśmy. Według mapy znajdowaliśmy się gdzieś w samym centrum dżungli. Nie za ciekawie. W dodatku wszędzie zwisało pełno lian. Pierwszy szedł Carlisle wymachując dziko długim bambusowym kijem, by ułatwić nam marsz. Dzień dobiegał końca, słońce chyliło się ku zachodowi i takie tam. W końcu, gdy zrobiło się naprawdę ciemno Carlisle za namową Esme zarządził postój. Taaa…. Nie ma jak to udawać zbłąkanych ludzi w środku dżungli. Przynajmniej Nessie z tego skorzystała. Ponieważ nadal była pół człowiekiem i pół wampirem zapadła w błogi sen w ramionach Belli. Znaleźliśmy olbrzymie drzewo i usadowiliśmy się przy jego rozległych korzeniach. Wszyscy byli weseli prócz Rosalie. Siedziała z naburmuszoną miną księżniczki i zerkała ponuro w stronę Nessie.
- Co taka smutna jesteś Pusiu?- zapytał czule Emmet
Rose trochę rozchmurzyła się.
- A wiesz słoniku- zaczęła- niestety przez tą wyprawę opuszczę kilka odcinków mody na sukces.
Niebiosa! Ona ogląda tego gniota! Największe gówno na całym szerokim świecie. Nie mogę! Czego jeszcze nie wiem o członkach mojej rodziny! Nie zdziwiłby mnie fakt, że Carlisle nosi zimą kalesony, a Edward nie ma jaj (ok, co do tego od zawsze nie miałem większych wątpliwości).
- Straszne doprawdy- skomentowałem
Rose obrzuciła mnie morderczym spojrzeniem.
- A żebyś wiedział! Teraz Rich w końcu znalazł swoją miłość i okazało się, że jest ona jego biologiczną siostrą! A Eryk jest bezpłodny i postanowił z tego powodu wykonać na sobie kastrację….
- Dobra dosyć- przerwałem jej
Ale najgorsze dopiero miało się zacząć.
Zobaczyłem kątem oka, że Edward pisze coś w skurzanym notesie. Robił to w wielkim skupieniu, marszcząc przy tym brwi. Nie tylko ja się tym zaciekawiłem. Reszta również spojrzała na Edwarda z ciekawością. Emmett jak zwykle okazał się najbardziej pomysłowy.
- Pokaż co tam bazgrolisz- powiedział i bez żadnych ceregieli wyrwał młodszemu bratu notes.
Edward natychmiast zaprotestował, wymachując przy tym rękami. Jednak nie zdołał wyrwać Emmetowi zeszytu.
- Emmett- jęknął Edward- nie czyta się cudzych notatek! Oddaj to! Mówię coś do ciebie, spójrz na mnie. Em, dojdźmy do porozumienia. Nie musisz tego robić…
Ale Emmett już pogrążył się w lekturze. Nawet łagodne prośby Esme nic nie pomogły.
- Co to jest… Ej ja tego nie kumam- zmarszczył brwi- To chyba jakaś poezja! O kur** ale jaja!
W oczach Emmetta zapaliło się światełko podniecenia. Teraz to ciekawość aż mnie zżerała.
- Posłuchajcie tego- powiedział głośno i odchrząknął- W tak cudowną gwieździstą noc czuję cię. Po nocach marzy mi się twoja cnotliwość dziewczęca tak wspaniała, że mógłbym o niej mówić do rana. A gdy już oddajesz mi się cała, wpierw swe ręce wkładam między twoje kolana. Potem twoje nogi lekko się odchylają, tak wielką radość w z tego mają. Całuję twoją szyję, twój brzuszek a na końcu twoją brzoskwinkę delikatną jak okruszek…
- WYSTARCZY- ryknął żałośnie Edward i w końcu wyrwał Emmettowi notes.
Byłem w lekkim szoku. Edward ma fantazje erotyczne! Wiedziałem! Wiedziałem, że nie jest do końca czysty! Reszta mojej rodziny (prócz Esme, Carlisla i Belli) śmiali się, tarzając po ziemi. To było naprawdę zabawne. Wiedziałem, że Emmett nie da Edwardowi spokoju przez najbliższe pięć lat. Edward aż zgrzytał zębami ze złości i za wszelką cenę próbował nie patrzeć w stronę zawstydzonej Belli.
- Ja przynajmniej nie siedzę w Internecie i nie oglądam tych zakazanych stron- pisnął mój młodszy brat
W końcu, gdy sytuacje została w miarę opanowana zmieniliśmy temat. Jednak jak to zawsze bywa Em, sprowadził rozmowę na inny tor.
- Słuchajcie- zaczął cicho, tak by Esme i Carlisle nie usłyszeli- no wiecie…. Każdy z nas lubi seks.
O losie!
-… I tak sobie pomyślałem… może by tak spróbować razem… no wiecie dla urozmaicenia… tak grupowo.
Zakrztusiłem się. Seks grupowy z moim rodzeństwem? Boże! Przecież ja nawet nigdy nie widziałem Emmetta nago (i nie chcę widzieć). Pewnie porównywał by, który z nas ma dłuższego.
- Nie Emmett, wiesz, raczej nie- powiedziała spokojnie Alice klepiąc go po ramieniu.
Na całe szczęście już nikt nie wracał do tego tematu. Edward uznał to za mało dojrzałe by podniecać się takimi rozmowami gdy ma się setkę na karku. Rano ruszyliśmy dalej. Przedzieraliśmy się przez krzaki, bagna, liany. W czasie naszych długich rozmów wyszło na jaw, że Emmett ogląda w Internecie przeróbki Harry’ego Pottera, takie gdzie pełno jest przekleństw.
- No co?- zapytał głupio- niektóre są naprawdę fajne! Szczególnie lubię Hermionę i Malfoy’a!
Ale to jeszcze nic. Rose lubi czytać fanficki Pottera, no wiecie np. Harry Potter i losy przepowiedni itp. Edward wyśmiał ich oboje, mówiąc, że takie rzeczy są na poziomie podstawówki.
- Nie bądź taki mądry- odrzekła Rose- a kto bez przerwy na youtubie oglądał smutne historie nieszczęśliwej miłości, gdy wyprowadziliśmy się z Forks?
Z kim ja się zadaje? No z kim? Paranoja (wspominałem już, że lubię to słowo?). Po południu wszyscy poczuliśmy głód i postanowiliśmy zapolować. Zabiłem parę egzotycznych zwierząt. Emmett chwalił się, że zaatakował Anakondę.
- Była olbrzymia- mówił- tak długa jak nasz garaż, a może nawet dłuższa! Jak w tym filmie z Jenifer Lopez!
Doszliśmy na niewielką polanę. Powstał nowy dylemat. W którą stronę iść. Carlisle studiował zawzięcie mapę i mruczał coś pod nosem.
- Hmm…. Zaraz coś się nie zgadza….
Podszedłem do niego i o mało co nie padłem. Wiedziałem, że ta sytuacje nas trochę przerasta, ale Carlisle!
- Yyyy… słuchaj- zacząłem delikatnie- trzymasz mapę do góry nogami….
- Ach tak- odparł spokojnie mój przyszywany ojciec- to pewnie przez to powietrze…
W końcu zdecydowaliśmy się na inny ruch. Ktoś wejdzie na drzewo i wypatrzy jakąś ścieżkę lub coś. Nie było chętnych więc wypadło na Emmetta.
- A co ja małpa jestem- oburzył się- niech Edward wejdzie!
- Dlaczego ja?!- krzyknął Edward- to, że jestem najmłodszy nie oznacza, że macie mnie bez przerwy wykorzystywać!
- Złóż zażalenie do Volturi- odparła Rose z ironią.
- Mam lepszy pomysł- Edward przybrał uroczysty wyraz twarzy- po powrocie do domu założę stowarzyszenie wykorzystywanych wampirów! Założę się, że przyjdą tłumy.
Tak. Już sobie wyobraziłem Edwarda w roli psychologa, siedzącego w wysokim fotelu i w skupieniu słuchającego wampira z depresją.
- Dobra kto wchodzi?- spytała Bella niecierpliwiąc się!
- Zróbmy wyliczankę- zaproponowała Alice
Dlaczego właśnie to musiała powiedzieć moja żona?
- Zagrajmy w marynarza- powiedziała Esme.
Wszyscy się zgodzili.
Wypadło na mnie. No tak. Nigdy nie miałem szczęścia do takich bzdur. Wszedłem na drzewo i wspiąłem się na samą górę. Dookoła mnie rozciągał się las i tylko las. Po paru minutach dostrzegłem jednak ścieżkę, jakieś pięć kilometrów od nas. Wyglądała na solidną. Zdałem raport reszcie.
- A więc- powiedział Carlisle- odnajdziemy tą ścieżkę i nią pójdziemy. Zobaczymy dokąd prowadzi.
Ruszyliśmy. Dotarcie do niej zajęło nam nie dużo czasu i już po godzinie natrafiliśmy na udeptany grunt. Poczułem zapach… ludzki zapach, ostry… A wiec jakaś cywilizacja!
- Zaczekajcie- powiedział Carlisle- musimy uważać. Tubylcy nie za bardzo akceptują gości.
Ostrożnie stąpając poszliśmy ścieżką za zapachem ludzi. Nagle, gdy zapach stał się bardzo intensywny z drzew zeskoczyli na ziemię mali ludzie. Byli odziani w spódniczki z liści, w rękach trzymali dzidy. Żałośnie prymitywne stworzenia.
- Ojej- powiedziała Esme
Tubylcy zaczęli skakać wokół nas i wymachiwać dzidami. Prymitywy.
- Może to kanibale- szepnęła Bella
Kanibale? Ostatnią rzeczą jakiej się spodziewałem to, to że spotkamy kanibali na swej drodze.
Dzikusy nadal skakały i wydobywały z siebie dziwne dźwięki.
- czego oni chcą? Zapytał Emmett- nie mam przecież drobnych!
Złapałem się za głowę.
- Emmett, oni tu nie mają sklepu…
- Nie?- odparł niepewnie mój brat
Gdy już myślałem, że te małe ludziki rzucą się na nas, Edward wystąpił na przód. Stanął w rozkroku i po chwili zaczął wydawać z siebie takie same dźwięki, co dzikusy. Gdy to robił złapałem się na tym, że stoję z otwartą buzią. Edward umie ich język! No tak, nie powinno mnie to dziwić. W końcu kiedy my byliśmy zajęci tylko i wyłącznie przyjemnościami cielesnymi (tudzież seksem) on bez przerwy uczył się wielu języków. Ale nie wiedziałem, że aż tak bardzo było z nim źle….
- Chcą żebyśmy poszli za nimi. Mówią, że schwytali jakiegoś dzikiego wielkoluda, który żałośnie skomle…..
Mamy iść za tą zgrają porąbańców w spódniczkach? Dlaczego mnie to musi spotykać?
- Dobrze- powiedział Carlisle- zobaczmy czego chcą…….

IV.              Przedzieraliśmy się przez las, co raz głębiej i głębiej. Z minuty na minutę stawałem się co raz bardziej wkurzony i tylko zdrowy rozsądek powstrzymywał mnie od rzucenia się na tą bandę bambusów. Ale najbardziej denerwował mnie Edward, który bezczelnie wykorzystywał swoją moc i wiedział, co czeka nas, gdy dotrzemy do celu. Tak, miałem ochotę rozszarpać jego i tych małych dzikusów. Za jakie grzechy no? Nagle w moje nozdrza uderzyła ostra, ohydna woń. Fuj, bleeee…. Zapach mokrego psa. Zaraz… mokrego psa? Teraz naprawdę zrobiło mi się niedobrze. A jeśli te niedorobione homosapiensy złapały wilkołaka? Niestety moje obawy, okazały się prawdą.
Dotarliśmy do niewielkiej wioski, głównie składającej się z szałasów i szałasów i jeszcze raz z szałasów. Jak oni mogą żyć w takich warunkach? Emmett również nie mógł sobie tego wyobrazić.
- Ej. Oni tak bez neta i TV?- zapytał cicho
- Tak Emmett- odparła Alice- a widzisz tu gdzieś antenę satelitarną? Oni nawet tu prądu nie mają!
Mój brat wydawał się być tym faktem poruszony. Kretyn. Przerośnięty zidiociały kretyn.
Ludki zaprowadziły nas na środek wioski. To co zobaczyłem sprawiło, że zapragnąłem jak najszybciej stamtąd uciec. Do wielkiego rusztu, który znajdował się nad miejscem na ognisko był przywiązany… Jacob! Tak, ten Jacob Black, zapchlony kundel, przyszły mąż Nessie (dzień ich ślubu będzie najgorszym dniem w moim życiu). Gdy tylko nas zobaczył zawył z radości.
- Ja wiedziałem, wiedziałem, że mnie odnajdziecie!
Nessie podbiegła do niego i złapała go za zwisający łokieć. On zaś pochylił się tak mocno na ile pozwalały mu liny i polizał ją po twarzy…. Polizał. Wyobrażacie sobie! Gdyby mi coś takiego zrobił odkaziłbym sobie twarz we wrzątku!
- Co ty tu do licha robisz?- zapytała Bella
- Jak to co? Wiszę.
Mogłem się domyślić, że jego odpowiedź nie będzie na poziomie.
- Jak się tu znalazłeś?- zapytał spokojnie Carlisle
- Nie mogłem znieść tego, że nie zobaczę Nessie przez tyle czasu! Więc ukryłem się w samolocie, który zmierzał do Rio i jakoś tak wyszło.
Nie to po prostu paranoja! Zwykła, najzwyklejsza paranoja! A tak się cieszyłem, że spędzę te dwa tygodnie z dala od tego zaślinionego kundla! W spokoju i ciszy! Ale nie! On musiał, musiał!!!!!!!!!!!! Nienawidzę go! Nienawidzę, nienawidzę, nienawidzę…….
- Uwolnijcie mnie- zaskomlał żałośnie- ręce już mnie bolą od tego wiszenia.
Edward zapytał się dzikusów w ich języku czy możemy to uczynić. Stanowczo zaprotestowały skacząc i drąc mordę tak głośno, że moje wrażliwe i delikatne bębenki zadrżały.
- Dobra- powiedziała Rose- nie to nie. Zostawmy go tutaj.
Bella oburzyła się i wykrzyczała, że tak nie można, że jest on naszym przyjacielem itp. Znowu wybuchła kłótnia. Esme miała wielki żal do Jacob’a, że zamiast siedzieć w domu i podlewać jej delikatne kwiaty, postanowił wyruszyć w podróż za nami, Edward krzyczał coś o prawach człowieka i kodeksie karnym (zna cały na pamięć), Alice lamentowała, że przez to wszystko straciła Puszka, Carlisle stał jak zwykle spokojnie. Ale najgłośniej krzyczał Emmett.
- Ha! A nikt nie potrafi tak głośno pierdzieć pachą i bekać jak ja!
- Co to ma do rzeczy?- zapytałem
Lecz zamiast usłyszeć odpowiedź, usłyszałem głośne, przerażająco głośne beknięcie. Cały las zadrżał. Wszyscy się uciszyli i spojrzeli na Emmetta.
- Wow- powiedział Jacob- ja nawet po setce hot dogów tak nie umiem.
W końcu jakoś udało nam się przekonać dzikusów by wypuścili Jacob’a. I razem wyruszyliśmy w dalszą podróż. Znowu przedzieraliśmy się przez bagna, moczary i takie tam. Ale najgorszy był ten smród, smród niemytego Jacob’a. Podczas długich rozmów w naszym domu, przyznał się, że nie lubi się myć i uważa brud za coś męskiego. Pewnie nawet dupy sobie nie podciera po sranku i chodzi z taką brudną. Fuj! Obrzydlistwo! Ale o czym ja myślę? O brudnej dupie Jacob’a? Boże, do czego to doszło. Z nudów Emmett i Jacob urządzili sobie zawody, kto głośniej beknie. Było to tak żenujące, że miałem ochotę zatkać sobie uszy. Wygrał Emmett, który na końcu beknął tak głośno, że wystraszył tygrysa czającego się w krzakach. Ale najgorsze było to ich zmuszanie się…. Nie dosyć! Koniec tego tematu!
Postanowiłem porozmawiać z Carlislem, jedynym normalnym członku naszej rodziny. Podszedłem do niego i zagadałem.
- Co tam?- zapytałem
- A nic. Tak sobie rozmyślam…. Wiesz, że…
Nie dokończył. Jacob zebrał się w sobie i stanął. Nabrał powietrza w płuca i beknął jeszcze głośniej niż Emmett. Wszystkich zamurowało.
- Wygrałem- pochwalił się.
Emmett ryknął z niedowierzaniem i już miał się rzucić na kundla, gdyby nie ja (oczywiście). Złagodziłem jego uczucia, przez co jego wyraz twarzy stał się jeszcze bardziej tępy (czy to możliwe?). Beknięcie Jacob’a oburzyło Rose, która naskoczyła z pazurami na niego. I znowu kolejna kłótnia. Tym razem bardziej agresywna. Ale najgorsze stało się po chwili. Carlisle wystąpił na środek i ryknął przeraźliwie piskliwym głosem.
- ZAMKNĄĆ SIĘ DO JASNEJ CHOLERY!
Cisza i szok. Carlisle krzyknął! On krzyknął! Otworzył szerzej usta! Aż się przy tym opluł zupełnie jak Emmett! Jak długo go znam jeszcze nigdy nie podniósł głosu. Zawsze spokojny, zawsze opanowany, oaza spokoju wydarła mordę! Mój autorytet, mój przyszywany ojciec, silna ręka, facet, który potrafi odwiązać jelito cienkie i z powrotem je zawiązać…. Tak, to dosięga każdego z nas.
- Tolerowałem wasze wybryki, tolerowałem tą rozpustę przez te wszystkie lata, wasze haniebne zachowanie, to jak bzykaliście się tak głośno, że nie mogłem skupić się na kartach pacjentów! Wszystko znosiłem, ale miarka się przebrała! Koniec! Koniec!
Zaczął niebezpiecznie sapać. Zupełnie jak parowóz. Nigdy jeszcze nie widziałem go w takim stanie…
- Kochanie- powiedziała powoli Esme kładąc swojemu mężowi ręke na ramieniu- tylko spokojnie. Oddychaj. Pamiętaj swoją metodę. Pamiętaj o zupie pomidorowej…
Zupie pomidorowej? A więc to jest jego metoda. Myśli o zupie pomidorowej! W tamtym momencie...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin