Nora Roberts - Wzburzone fale.pdf

(1363 KB) Pobierz
8633973 UNPDF
Prolog
Cameron Quinn nie był kompletnie pijany. Mógłby popłynąć na całego,
gdyby chciał, ale w tej chwili wolał ten przyjemny stan na granicy nietrzeźwości.
Cieszyła go świadomość, że to właśnie umiejętności zatrzymania się o krok od
krawędzi zawdzięcza swój fart.
Niewzruszenie wierzył w przypływy i odpływy szczęścia, i właśnie był na fali.
Nie dalej jak wczoraj wywalczył mistrzostwo świata na ślizgaczu, wygrywa¬jąc
o czubek dzioba zawody, bijąc dotychczasowy rekord czasu i prędkości.
Był sławny i miał wypchany portfel. Zabrał jego zawartość do Monte Carlo, by
sprawdzić, jak się spisze.
Nie mogło być lepiej.
Kilka partyjek bakarata, parę rzutów kości, postawienie na właściwą kartę,
i portfel stał się cięższy. Wyglądało na to - między obstrzałem paparazzich a
wywiadem udzielonym dziennikarzowi „Sport's Illustrated" — że nic nie jest w
stanie zaćmić jego sławy.
Szczęście nie przestawało się uśmiechać - a może, pomyślał Cameron,
pomogliśmy mu odrobinę uwodzicielskim spojrzeniem, skierowanym ku temu
klejnocikowi w Med Clubie w chwili, gdy popularny magazyn kończył sesję
zdjęciową do wydania poświęconego kostiumom kąpielowym.
A najsmuklejsza z dziewczyn zesłanych przez Boga zwróciła ku niemu swoje
promienne niebieskie oczy i ułożyła pełne, nabrzmiałe wargi w zachęcający
uśmiech, który nawet i ślepy by zauważył, sprawiając, że postanowił przedłużyć
Pobyt o kilka dni.
Dała mu wyraźnie do zrozumienia, że przy odrobinie wysiłku z powodze¬niem
zgarnie całą wygraną.
Szampan, szczodre kasyna, swobodny, niezobowiązujący seks. Nie ma co,
zadumał się Cameron, szczęście naprawdę jest jego łaskawą patronką.
Kiedy wyszli z kasyna w balsamiczną marcową noc, jak spod ziemi wyskoczył
jeden z wszędobylskich paparazzich i pstrykał zawzięcie. Kobieta zrobiła
8633973.002.png
obrażoną minę - w końcu był to jej znak firmowy— podrzuciła jednak wprawnie
bujną grzywę prostych jak tasiemki, lśniących blond włosów i fachowo zaprezen-
towała swoją zabójczą figurę. Jej czerwona suknia - a czerwień to kolor grzechu
- była tylko ciut grubsza niż warstwa farby i urywała się gwałtownie tuż na
południe od Bram Raju.
Cameron tylko wyszczerzył zęby w uśmiechu.
- Istna zaraza — powiedziała lekko sepleniąc, a może z francuskim akcen
tem? Cameron nigdy tego nie rozróżniał. Westchnęła, poddając próbie wytrzyma
łość cienkiego jedwabiu, i pozwoliła się poprowadzić Cameronowi naznaczoną
księżycową smugą ulicą. - Gdziekolwiek spojrzysz, wszędzie kamery! Mam już
dość traktowania mnie jako obiektu pożądania mężczyzn.
Aha, już to widzę, pomyślał. A ponieważ uznał, że oboje są tak samo po-
wierzchowni i płytcy, roześmiał się i wziął ją w ramiona.
- Dlaczego nie mielibyśmy mu dać jakiegoś ochłapu na czołówkę, skarbie?
Pochylił się do jej ust. Ich smak obudził jego hormony i uruchomił wyobraź
nię; był zadowolony, że hotel znajduje się. zaledwie o dwie przecznice dalej.
Zanurzyła palce w jego czuprynie. Lubiła mężczyzn o bujnych włosach; włosy
Camerona były gęste i ciemne jak otaczająca ich noc. Miał silne ciało, umięśnione i
szczupłe, i wysportowaną sylwetkę. Zawsze zwracała uwagę na fizyczne zalety
potencjalnego kochanka, on zaś z nawiązką zaspokajał j ej surowe wymagania.
Jak na jej gust, miał trochę zbyt szorstkie ręce. Nie chodziło o biegłość w piesz-
czotach - a były cudowne - ale o samą skórę. Były to ręce ciężko pracującego męż-
czyzny, jednak z uwagi aa ich wprawę i zręczność mogła mu darować taki brak klasy.
Miał intrygującą twarz. Niespecjalnie ładną. Nie poszłaby nigdy do łóżka,.
a tym bardziej nie pozwoliła się fotografować z piękniejszym od siebie mężczy-
zną. W jego twarzy zauważyła jakąś surowość, twardość, nie tylko dlatego, że
opaioaa skóra była mocno naciągnięta na kościach policzkowych. To tkwi w jego
ocz&c&, pomyślała i zaśmiała się niefrasobliwie, kołysząc miękko biodrami. Oczy
miał szare, raczej w odcieniu krzemu niż dymu, i pełne tajemnic.
Lubiła tajemniczych facetów... ale prędzej czy później każdy się przed niąj
wygadał.
-Jesteś niegrzecznym chłopcem, Cameron. - Akcent był na ostatniej syla
bie. Przejechała palcem po jego twardo zarysowanych ustach.
-Zawsze mi to mówiono... - Miał na końcu języka jej imię, musiał się tylko
chwilę zastanowić. -Martine.
-Może pozwolę ci dzisiaj popsocić.
-Liczę na to, kotku. - Skręcił w stronę hotelu, spoglądając na nią z ukosa.
Miał ponad sześć stóp wzrostu, a ich oczy znajdowały się prawie na tej
samej
wysokości. - Mój apartament czy twój?
-Twój -mruknęła. -Jeżeli zamówisz jeszcze jedną butelkę szampana, może
pozwolę ci się uwieść.
Cameron zawadiacko uniósł brew i poprosił w recepcji o klucz.
- Potrzebna będzie butelka cristalu, dwa kieliszki i jedna czerwona róża
zamówił, patrząc w oczy Martine. - Natychmiast.
8633973.003.png
-Tak jest, panie Quinn, zajmę się tym.
-Róża. - Zatrzepotała rzęsami, gdy skierowali się w stronę windy. - Jakie to
romantyczne.
-Och, ty też chcesz jedną? - Jej zakłopotany uśmiech stanowił ostrzeżenie,
że poczucie humoru nie jest jej najmocniejszą stroną. Darująwięc sobie
wstępne
igraszki i przejdą od razu do rzeczy, postanowił.
Kiedy zamknęły się drzwi windy, przyciągnął ją do siebie i przywarł do jej
nadąsanych warg, jak ktoś bardzo spragniony. Był dotąd zbyt zajęty, zbyt pochło-
nięty łodzią, zbyt skoncentrowany na zawodach, by szukać rozrywek. Pragnął
gładkiej, pachnącej skóry, hojnych krągłości. Pragnął kobiety, jakiejkolwiek ko-
biety, byle była chętna, doświadczona i znała swoje miejsce.
Martine wydawała się idealna.
Jęknęła i wygięła szyję, poddając się jego brutalnym ustom.
- Szybki jesteś.
Wsunął rękę pod jedwab, powędrował nią do góry.
- Z tego żyję. Byle szybko. Zawsze. Wszędzie.
Objęci wpół, wytoczyli się z windy i ruszyli korytarzem w stronę apartamentu.
Czul, jak bije jej serce, łapała spazmatycznie oddech, a jej dłonie... no cóż, miał
nadzieję, że wie, jaki z nich zrobić użytek.
To tyle, jeśli chodzi o zaloty.
Przekręcił klucz, otworzył drzwi, a kiedy je zamknął, przyparł do nich Mar-
tine. Zsunął ramiączka sukni i patrząc jej w oczy zabrał się do tych wspaniałych
piersi.
Uznał, że jej chirurg plastyczny zasłużył sobie na medal.
- Wolisz powoli?
To prawda, że ma szorstkie ręce, ale, na Boga, jakie podniecające. Zadarła
półmilową nogę i owinęła ją wokół jego talii. Będzie jej musiał wystawić najwyż-
szą notę za zmysł równowagi.
- Chcę już.
-Świetnie. Ja też. - Nie napotykając oporu, sięgnął pod spódnicę i gwałtow
nym ruchem wydarł skrawek koronki spod spodu.
-Bestia. Zwierzę. - Wbiła zęby w jego szyję.
Właśnie sięgał do rozporka, kiedy zapukano dyskretnie do drzwi za jej ple-
cami. Cała krew pulsowała mu poniżej pasa.
-Chryste, że też służba nie może wybrać lepszej chwili. Postaw to na ze
wnątrz - zawołał i znów zabrał się do dzieła, by posiąść wspaniałą Martine
pod
drzwiami.
-Panie Quinn, bardzo przepraszam. Właśnie przyszedł do pana faks. Zazna
czono, że jest pilny.
-Każ mu się wynosić. - Martine oplotła go ramieniem niczym imadłem. -
Każ mu się wynosić do diabła i pieprz mnie.
-Poczekaj. To może być ważne - mówił, rozplatając z trudem jej palce. -
Zaczekaj chwilę. - Odsunął ją od drzwi, upewnił się szybko, czy ma zapięty
za
mek u spodni, po czym otworzył.
-Przepraszam, że przeszkadzam...
-Nie ma sprawy, dziękuję. - Cameron sięgnął do kieszeni po banknot, nie
zadając sobie fatygi, by sprawdzić jego nominał, i wymienił go na kopertę.
Nim
portier wydukał coś na temat hojnego napiwku, Cameron zamknął mu drzwi
przed
nosem.
Doskonale wystudiowanym ruchem Martine odrzuciła do tyłu głowę.
- Jakiś głupi faks uważasz za ważniejszy ode mnie. Taka jest prawda. -
Wprawnym ruchem zsunęła suknię, uwalniając się z niej jak wąż zrzucający
skórę.
Cameron uznał, że bez względu na cenę, jaką zapłaciła za jego ukształtowa-
nie, to jej ciało było warte każdego pensa.
- Uwierz mi, dziecinko, wcale nie. To zajmie tylko chwilę. - Rozdarł koper
tę. Chciał jąjak najprędzej otworzyć, zrobić z niej kulkę, wyrzucić za siebie i bez
pamięci zanurzyć się w tych kobiecych wspaniałościach.
Ale kiedy przeczytał wiadomość, jego świat, życie i serce stanęły w miej-
tów, kierownice niezliczonych samochodów, którymi się ścigał, dłoń, która mo-
gła przyprawić kobietę o dreszcz rozkoszy. I teraz, gdy przeciągnął nią po wło-
sach, ta dłoń drżała.
-Muszę jechać do domu.
-Jesteś w domu. - Martine postanowiła dać mu kolejną szansę; zrobiła krok
do przodu i otarła się o niego ciałem.
-Nie, muszę jechać. - Odtrącił jąna bok, kierując się do telefonu. - Powin-|
naś wyjść. Muszę załatwić parę telefonów.
-Uważasz, że możesz mi ot, tak kazać wyjść?
-Przykro mi. Musimy to odłożyć. - Był już myślami daleko stąd. Odru-
chowo jedną ręką wyciągnął z kieszeni pieniądze, drugą zaś podniósł
słuchaw-
kę. - Na taksówkę - powiedział, zapominając, że zatrzymała się w tym
samym
hotelu.
-Świnia! - Goła i wściekła rzuciła się na niego. Gdyby był w formie, unik-
nąłby ciosu. Ale zamierzyła się i błyskawicznie walnęła go w twarz.
Zadzwoniło
scu.
- O Jezu. Niech to szlag. - Całe radośnie wypite w ciągu wieczora wino ude
rzyło mu do głowy, sprawiło, że żołądek stanął mu dęba, a kolana stały się jak
z waty. Musiał się oprzeć o drzwi, by nie stracić równowagi i jeszcze raz odczy
tać faks.
Cam, do cholery, dlaczego nie odbierasz telefonu?Od wielu godzin staramy
się z tobą skontaktować. Tata jest w szpitalu. Jest źle, tak źle, że gorzej być nie
może. Nie mam czasu na szczegóły. Tracimy go. Pospiesz się. Philip.
Canaeron uniósł dłoń... dłoń, która trzymała stery dziesiątek łodzi i samolo-
mu w uszach, policzek zapłonął bólem, wyczerpała się jego cierpliwość.
Cameron ścisnął ją za ramiona, wzdrygnął się, kiedy potraktowała to jakc
seksualną przygrywkę, i dociągnął do drzwi. Zdążył jeszcze pozbierać jej ubra-
nie, po czym wyrzucił kobietę razem z jej jedwabiami na korytarz.
Kiedy w pośpiechu zamykał drzwi, zacisnął zęby słysząc jej dziki wrzask.
8633973.004.png
- Zabiję cię, ty świnio, ty bękarcie! Zabiję cię za to. Za kogo ty się uważasz?
Jesteś nikim! Nikim!
Choć Martine darła się i waliła pięściami w drzwi, poszedł do łazienki, by
wrzucić do torby parę niezbędnych rzeczy.
Wyglądało na to, że szczęście odwróciło się właśnie w zupełnie niewłaściwą
stronę.
10
światłem taflę wody, odbijając się od wyciągniętych na brzeg łodzi. Cam spędził
znaczną część życia, żeglując po zatoce, po rzekach i rzeczkach w tej części świata.
Człowiek, do którego gnał, by go jeszcze ujrzeć, odkrył przed nim znacznie wię-
cej niż wiedzę żeglarza. Wszystko co miał, wszystko co zrobił i z czego był dum-
ny, zawdzięczał Raymondowi Quinnowi.
Miał trzynaście lat i staczał się prosto do piekła, kiedy Ray i Stella Quinno-
wie wyrwali go z tamtego świata. Jego młodzieńcza kartoteka mogłaby posłużyć,
za podręcznik podstaw kariery kryminalnej.
Kradzież, włamania i przywłaszczenia, pijaństwo, wagary, napaści, wanda-
lizm, złośliwe niszczycielstwo. Robił to, na co miał ochotę; w przerwach między
odsiadkami zdarzały mu się nawet długie okresy fartu. Ale najszczęśliwsza
chwila w jego życiu nastąpiła, kiedy został złapany.
Trzynastolatek, chudy jak patyk, jeszcze ze śladami ostatniego bicia,
które mu wlepił ojciec. Skończyło im się piwo, więc cóż innego miał ojciec
zrobić?
1
C Dojechał do Nicei, przelatując jak strzała wijącą się wzdłuż brzegu morza
szosą, skręcił na nieduży pas startowy, skąd pewien przyjaciel zgodził się zawieźć
go do Paryża - za symboliczną opłatę tysiąca dolarów amerykańskich. W Paryżu,
znowu za połowę ceny, załatwił czarter i spędził godziny nad Atlantykiem, otę-
piały ze zmęczenia i zdrętwiały ze strachu.
Punktualnie o szóstej rano wylądował na lotnisku Dullesa w Wirginii. Wy-
najęty samochód już czekał. W wilgotnych ciemnościach poprzedzających świt
ruszył w drogę do Chesapeake Bay.
Kiedy dotarł na przerzucony nad zatoką most, słońce już wzeszło i roziskrzyło
ameron obdzwonił markierów, uruchomił znajomości, błagał o szczególne
względy i sypał pieniędzmi na wszystkie strony. Złapanie środka loko-
mocji z Monako na zachodnie wybrzeże Marylandu o pierwszej po pół-
nocy nie było łatwą sprawą.
8633973.005.png
W ten upalny letni wieczór, z nie zastygniętą jeszcze krwią na twarzy, Cam
przyrzekł sobie, że nigdy nie wróci do tej rozwalającej się przyczepy, do tego
życia, do mężczyzny, do którego uporczywie odsyłał go ustalony przez prawo
porządek. Szedł przed siebie, byle dalej. Może do Kalifornii, może do Meksyku.
Jeśli nawet z powodu podbitego oka niedowidział, to jego marzenia były
wielkie. Miał pięćdziesiąt sześć dolarów i trochę drobnych, ubranie na grzbiecie
i parszywą chandrę. Jedyne, czego potrzebował, to środka transportu.
W Baltimore trafił mu się przewożący samochody towarowy pociąg. Nie
wiedział, dokąd jedzie, i mało go to obchodziło. Zwinięty w ciemnościach, wyjąc
z bólu na każdym wyboju, przyrzekł sobie, że prędzej zabije się lub umrze, aniżeli
wróci.
Kiedy wygramolił się z pociągu, cuchnący brudną wodą i rybą, pomyślał, że
wiele by dał za skombinowanie jakiegoś jedzenia. Czuł przeraźliwą pustkę w brzu-
chu. Półprzytomny i zdezorientowany ruszył przed siebie.
Nie miał tu czego szukać. Przeciętne miasteczko, opustoszałe przed nocą.
Łodzie obmywane falami w zakolu przystani. Gdyby miałjasny umysł, może wła-
małby się do któregoś baraku nad brzegiem wody, ale zanim na dobre oprzytom-
niał, był już za miastem i okrążał moczary.
Ten marsz pośród złowieszczych cieni i dziwnych odgłosów wiele go kosz-
tował. Na wschodzie zaczynało przebijać się słońce, kładąc na tę mulistą, jedno-
stajną przestrzeń i mokrą wysoką trawę złotą poświatę. Poderwał się ogromny
biały ptak, powodując gwałtowne bicie serca chłopca. Dotąd nigdy nie widział
czapli; pomyślał, że wygląda jak jakiś bajkowy stwór.
Zatrzepotały skrzydła i ptak poszybował. Nie wiedząc dlaczego, szedł za
nim aż na skraj moczarów, dopóki nie stracił go z oczu w gąszczu drzew.
Stracił orientację kierunku i odległości, lecz instynkt kazał mu trzymać się
wąskiej, wiejskiej drogi, gdzie bez trudu, na wypadek gdyby przejeżdżały tędy
gliny, mógłby ukryć się w wysokiej trawie lub za drzewem.
Rozpaczliwie rozglądał się za jakimś schronieniem, za miejscem, gdzie mógłby
się zwinąć i zasnąć, przespać katusze głodu i ohydne mdłości. Kiedy słońce
wzeszło wysoko, powietrze zrobiło się ciężkie od upału. Koszulka kleiła się do
pleców; nogi zaczęły odmawiać posłuszeństwa.
Najpierw zobaczył samochód, lśniącą białą corvettę w całej okazałości, roz-
partą dumnie niczym główna wygrana w mglistym świetle poranka. Obok stała
furgonetka, pordzewiała, koślawa i śmiesznie wiejska przy aroganckiej, napuszo-
nej limuzynie.
Cam przycupnął za dorodnym krzakiem hortensji i z najwyższą uwagą oglą-
dał samochód. Pragnął go.
W porządku, to draństwo zawiezie go do Meksyku i wszędzie, gdzie tylko
zechce. Cholera, ale maszyna! Będzie już w połowie drogi, nim ktokolwiek za-
uważy jej brak.
Wyprostował się, wysilił zmęczony wzrok i spojrzał na dom. Zawsze go zdu-
miewało, że ludzie mogą tak porządnie mieszkać. Te zadbane rezydencje z poma-
lowanymi okiennicami, z kwiatami i strzyżonymi krzewami na dziedzińcu. Z
bujanymi fotelami na ganku, z zasłonami w oknach. Dom wydał mu się ogromny
-nowoczesny biały pałac z bladoniebieskimi framugami.
Doszedł do wniosku, że ci, co tu mieszkają, muszą być bogaci, a niechęć
połączona z głodem przyprawiła go o skurcz żołądka. Stać ich na luksusowe domy
i luksusowe auta, i luksusowe życie. I jakaś jego część, ta część ukształtowana
przez człowieka, który żywił się nienawiścią i tanim piwem, zapragnęła znisz-
czyć, wdeptać w ziemię te wszystkie krzewy, wytłuc wszystkie połyskujące
okna i rozłupać na drzazgi ładnie pomalowane drewno.
Chciał ich w jakikolwiek sposób zranić za to, że mają wszystko, podczas gdy
on nie ma nic. Lecz gdy się podniósł, gorycz i złość przerodziły siew przyprawia-
jący o mdłości zawrót głowy. Aby to przemóc, zacisnął aż do bólu zęby.
Niech sobie śpią bogate sukinsyny, pomyślał. Uwolni ich tylko od tego cu-
deńka. Nawet nie jest zamknięte, zauważył i żachnął się na taką ciemnotę, otwie-
rając bez trudu drzwi. Jedną z pożyteczniejszych umiejętności przekazanych mu
przez ojca było szybkie i ciche uruchamianie silnika metodą zwarcia kabli. Taka
wiedza jest nieoceniona, kiedy sprzedaż kradzionych aut w lewych warsztatach
staje się najlepszym źródłem utrzymania człowieka.
Wsunął się, pomajstrował pod kierownicą i zabrał się do roboty.
- Trzeba mieć nie byle tupet, żeby kraść człowiekowi samochód z podjazdu!
Nie zdążył zareagować, nawet nie zaklął, kiedy czyjaś ręka złapała go za
dżinsy na tyłku, podniosła do góry i wyciągnęła na zewnątrz. Zamachnął się, a j e-
go zaciśnięta pięść odbiła się jakby od skały.
Wtedy to po raz pierwszy ujrzał Wielkiego Quinna. Facet był ogromny, co
najmniej sześć stóp i pięć cali wzrostu, a zbudowany jak linia ofensywna balti-
morskich Coltów. Miał ogorzałą od słońca i wiatru szeroką twarz, otoczoną gęstą
czupryną jasnych włosów, połyskujących srebrem. Jego oczy były przenikliwie
niebieskie i niezmiernie wzburzone.
Bez trudu osadził chłopaka na miejscu. Waży nie więcej niż sto funtów, osza-
cował Quinn, jakby wyłowił dzieciaka z zatoki. Ma paskudnie pokiereszowaną
twarz. Jedno oko prawie zupełnie zapuchnięte, podczas gdy z drugiego, ciemno-
szarego, wyziera gorycz, nie przystająca do wieku. Na ustach zaś, którym próbuje
nadać szyderczy wyraz, widać zaschniętą krew
Choć oprócz złości czuł teraz litość, nie zwolnił chwytu. Wiedział, że ten
zając natychmiast czmychnie.
-Wygląda mi na to, że nie najlepiej wyszedłeś na tej bójce, synu.
-Zabierz te swoje pieprzone łapy. Nic nie zrobiłem.
Ray uniósł tylko brew.
-Siedziałeś w nowym samochodzie mojej żony dokładnie parę minut po
siódmej w sobotę rano.
-Rozglądałem się tylko za jakimiś upuszczonymi drobniakami.Też mi wiel
ka pieprzona sprawa!
-Nie musisz nadużywać słowa „pieprzyć" w formie przymiotnikowej.
Umknie ci cała bogata gama jego znaczeń.
Lekko mentorski ton byt niezrozumiały dla Cama.
8633973.001.png
Zgłoś jeśli naruszono regulamin