Jude Deveraux
Dama
Prolog
Starsza, gruba kobieta w przyklapniętym kapeluszu, spod którego wychodziły strąki siwych włosów, zdumiewająco sprawnie wdrapała się na siedzenie dużego wozu. Leżały na nim świeże warzywa, przykryte wilgotnymi szmatami.
- Sadie. Kobieta odwróciła się i spojrzała na wielebnego Thomasa, wysokiego, przystojnego mężczyznę z zatroskaniem marszczącego brwi.
- Będziesz ostrożna? Nie zrobisz żadnego głupstwa? Nie będziesz zwracała na siebie uwagi?
- Obiecuję - przyrzekła Sadie łagodnym, młodzieńczym głosem. - Wrócę najprędzej, jak się da. - Ściągnęła lejce i wóz, turkocąc, ruszył powoli. Droga, prowadząca z miasteczka Chandler w Colorado do kopalni, była długa i wyboista.
Sadie musiała czekać, aż przejedzie pociąg na jednej z bocznych linii kolejowych. Każde z siedemnastu osiedli kopalnianych w pobliżu Chandler miało swą własną bocznicę. Przed rozjazdem, skąd prowadziła droga do kopalni Tentona, Sadie spotkała podobny wóz, na którym również siedziała stara kobieta. Zatrzymała swe cztery konie i rozejrzała się wokół.
- Jakieś problemy? - cicho spytała Sadie.
- Nie, ale związkowcy są coraz bardziej zdeterminowani. A u ciebie?
Sadie skinęła głową.
- W zeszłym tygodniu był zawał w tunelu numer sześć. Ludziom szkoda czasu na
umacnianie wykopów. Masz miętówki?
- Wszystkie rozdałam - odpowiedziała kobieta, nachylając się bliżej. - Uważaj, Sadie.
Najgorzej jest w Małej Pameli. Przeraża mnie Rafę Taggert.
- Wiele osób się go boi. Jedzie następny wóz. - Ściszyła głos ruszając. - Do zobaczenia
za tydzień, Aggie.
Sadie minęła nadjeżdżający wóz i pomachała jadącym na nim ludziom. Za chwilę
skręcała już w długą drogę prowadzącą do osiedla kopalni Mała Pamela. Droga była
stroma i posterunek straży Sadie zauważyła dopiero w ostatniej chwili. Próbowała się
opanować, ale serce jej waliło.
- Dzień dobry, Sadie. Masz rzepę?
- Piękną, dużą. - Uśmiechnęła się, ukazując sczerniałe zęby.
- Zostaw dla mnie worek, co? - powiedział strażnik, otwierając bramę. Nie wspomniał o
zapłacie. Wpuszczenie obcej osoby na teren osiedla było wystarczającym
wynagrodzeniem.
Strażnicy zostali postawieni po to, aby nie wpuszczać do osiedla organizatorów ruchu
związkowego. Każdego podejrzanego o podżeganie górników strażnicy mogli najpierw
zastrzelić, a dopiero potem zadawać pytania. Każdego, kogo zastrzelili, mogli potem
oskarżyć o działalność związkową, a sąd, zarówno lokalny, jak i stanowy, uniewinniłby
ich. Właściciele kopalń mieli prawo do ochrony swojej własności.
Sadie musiała się sporo napracować, żeby manewrować dużym wozem po wąskich,
zasypanych węglem uliczkach. Po obu stronach ulicy znajdowały się pudełka, zwane
przez właścicieli kopalń domami. W każdym mieściły się przeważnie cztery maleńkie
pokoiki, a komórka na węgiel i ubikacje stały w podwórku. Wodę przynoszono w
wiadrach ze wspólnej, zanieczyszczonej węglem studni.
Sadie przejechała obok sklepu należącego do spółki i chłodno powitała właściciela. Byli
naturalnymi wrogami. Górnikom płacono nielegalnie kuponami, za które rodziny mogły
robić zakupy tylko w sklepach spółki. Ludzie mówili, że właściciele kopalń więcej
zarabiają na sklepach niż na węglu.
Po prawej stronie, między linią kolejową a stromym zboczem, Sadie minęła rząd
podwójnych domków, pomalowanych na obrzydliwy, żółty kolor. Nie było ogródków, a
domki dzieliło od ubikacji zaledwie kilka metrów. Sadie znała doskonale mieszaninę
dymu z pociągów z innymi woniami. Tu mieszkali nowi górnicy.
Zatrzymała konie przed jednym z większych domów.
- Sadie! Myślałam, że już nie przyjedziesz - powiedziała ładna, młoda kobieta wychodząc
z domu i wycierając ręce w ściereczkę.
- Znasz mnie -odpowiedziała Sadie, z trudem schodząc z siedzenia. - Długo dziś
spałam, a pokojówka zapomniała mnie obudzić. Jak się miewasz, Jean?
Jean Teggert uśmiechnęła się do staruszki. Sadie była jedną z niewielu osób, które
wpuszczano do osady. Co tydzień Jean umierała ze strachu, że policja kopalni przeszuka
wóz Sadie.
- Co przywiozłaś? - spytała Jean szeptem.
- Lekarstwo na kaszel, smarowidło, trochę morfiny dla pani Carson, dwanaście par
butów. Niewiele można ukryć w główkach kapusty. I firanki dla narzeczonej Ezry.
- Firanki! -zdumiała się Jean i aż się roześmiała. - Pewnie masz rację. Bardziej się
ucieszy z koronek niż z czegoś innego. No chodź, zabierajmy się do roboty.
Rozdawanie warzyw zajęło im trzy godziny. Ludzie płacili kuponami, które później Sadie
w tajemnicy im oddawała. Właściciele kopalni, policja osiedlowa ani nawet sami górnicy
nie mieli pojęcia, że warzywa Sadie i inne sekretne dobra są za darmo. Górnicy byli
bardzo dumni i nie przyjęliby jałmużny, ale kobiety gotowe były wziąć wszystko dla swych
dzieci i zmęczonych mężów.
Było już późno, gdy Sadie i Jean wróciły pustym wozem do domu Jean.
- Jak tam Rafę? - spytała Sadie.
- Bardzo ciężko pracuje, tak samo jak mój ojciec. A wujek Rafę lubi robić zamieszanie,
więc lepiej już jedź. Nie możemy ryzykować, że będziesz miała kłopoty - powiedziała
Jean ujmując rękę Sadie. - Masz takie młode ręce.
- Kłopoty? - spytała zmieszana Sadie.
Jean roześmiała się.
- Więc do przyszłego tygodnia. I nie obawiaj się mnie, Sadie. Już od dawna wiem.
Sadie zaniemówiła. Wdrapała się na wóz i cmoknęła na konie.
Godzinę później zatrzymała się przed probostwem w Chandler. Pod osłoną zmroku
przebiegła do budynku, weszła przez nie zamknięte drzwi i wpadła do łazienki, gdzie na
wieszaku czekały czyste ubrania.
Szybko zdjęła z głowy perukę, zmyła z twarzy charakteryzację, zeskrobała nałożony na
zęby brud. Zsunęła z siebie grube, wywatowane ubranie, w którym była taka tęga, i
wciągnęła koronkowe pantalony i haleczkę. Zasznurowała z przodu biały, lniany gorset,
na który włożyła seledynową, jedwabną bluzkę i żakiet z niebieskiej serży, wykończony
zielonym aksamitem. Wciągnęła spódnicę, tworzącą komplet z żakietem. Kiedy zapinała
ciemnoniebieski, skórzany pasek, rozległo się pukanie do drzwi.
-Proszę.
Wielebny Thomas stanął w drzwiach i przez moment przypatrywał się stojącej przed nią
kobiecie. Panna Houston Chandler była wysoka, szczupła i piękna; miała brązowe,
połyskujące rudawo włosy i błękitnozielone oczy, prosty, arystokratyczny nosek i małe,
pięknie wykrojone usta.
-A więc Sadie znów znikła na tydzień. - Duchowny uśmiechnął się. - Musisz już iść,
Houston. Twój ojciec...
- Ojczym - poprawiła.
- Dobrze, będzie równie zły, jakkolwiek go nazwiesz.
- Czy Annę i Tia wróciły już ze swymi wozami?
- Dawno. Zbieraj się stąd.
-Tak jest. - Uśmiechnęła się. - Do następnej środy! -zawołała przez ramię, wychodząc z
plebanii i kierując się szybko w stronę domu.
1
Maj, 1892
Houston Chandler przeszła dwie przecznice do swego domu najspokojniej, jak potrafiła, i
zatrzymała się przed dwupiętrowym, wiktoriańskim domem z czerwonej cegły, który
nazywano w mieście rezydencją Chandlerów. Przygładziła włosy, zrobiła grzeczną minę i
weszła po schodach.
Gdy wstawiała parasolkę do porcelanowego stojaka, usłyszała podniesiony głos swego
ojczyma.
- Nie będę tolerował takiego języka w moim domu! Uważasz, jak widzę, że skoro
nazywasz siebie doktorem, masz prawo do nieprzyzwoitego zachowania! Nie w moim
domu! - krzyczał Duncan Gates.
Blair Chandler, tak podobna do siostry bliźniaczki, jak to tylko możliwe, patrzyła na
solidnie zbudowanego mężczyznę - był kilka centymetrów niższy od niej.
- Od kiedy jest to twój dom? Mój ojciec...
Houston weszła do salonu i stanęła między siostrą a ojczymem.
- Czy nie czas na obiad? Może już pójdziemy? - Stojąc tyłem do Duncana, patrzyła na
siostrę błagalnie.
Blair odwróciła się od nich obojga, wyraźnie rozgniewana. Duncan ujął Houston pod
ramię i poprowadził ją do jadalni.
- Mam przynajmniej jedną przyzwoitą córkę.
Skrzywiła się, słysząc często powtarzane zdanie. Nie znosiła, gdy porównywano ją z
Blair, zwłaszcza gdy ją chwalono.
Zasiedli przy dużym, mahoniowym stole, z nakryciami z porcelany, kryształowymi
kieliszkami i złotymi sztućcami - Duncan u szczytu stołu, Opal Gates po drugiej stronie, a
bliźniaczki naprzeciw siebie.
- Można by oczekiwać, że chcesz zrobić przyjemność matce - powiedział Duncan,
patrząc na Blair. Postawiono przed nim półmisek z olbrzymią pieczenia. Wziął sztućce do
krojenia. - Pewnie jesteś zbyt samolubna, żeby przejmować się jeszcze kimś? Twoja
matka już nic dla ciebie nie znaczy?
Blair, z zaciśniętymi zębami, popatrzyła na matkę.
Opal była wyblakłą kopią swoich córek. Jeśli posiadała kiedyś jakąś energię, dawno się
wyczerpała albo drzemała głęboko ukryta.
- Mamo - odezwała się Blair - czy chcesz, żebym wróciła do Chandler, wyszła za
jakiegoś tłustego bankiera, miała dwanaścioro dzieci i rzuciła medycynę?
Opal spojrzała z miłością na córkę. Nabrała małą porcję oberżyny.
- Chcę, żebyś była szczęśliwa, kochanie, i uważam to za bardzo szlachetne, że chcesz
ratować ludziom życie.
Blair spojrzała na ojca triumfalnie.
- Houston zrezygnowała ze swego życia, żeby ci dogodzić. To nie wystarczy? Mnie też
chcesz złamać życie?
- Houston! -huknął Duncan, tak mocno zaciskając wielki nóż do krojenia mięsa, aż
pobielały mu kostki. - Pozwolisz swojej siostrze wygadywać takie rzeczy
Patrzyła to na siostrę, to na ojczyma. Nie chciała brać niczyjej strony. Kiedy Blair wróci
po weselu do Pensylwanii, ona pozostanie w tym mieście z ojczymem. Ucieszyła się, gdy
usłyszała z dołu, że pokojówka zaanonsowała doktora Leandera Westfielda. Wstała
prędko.
- Susan - powiedziała do służącej. - Dołóż jeszcze jedno nakrycie.
Leander wszedł do pokoju pewnym, energicznym krokiem. Był wysoki, szczupły,
ciemnowłosy i niezwykle przystojny. Miał zielone oczy, dla których można było umrzeć,
jak to określiła przyjaciółka Houston. Cechował go ten rodzaj pewności siebie, który
sprawiał, że kobiety oglądały się za nim na ulicy. Ukłonił się państwu Gates.
Leander nachylił się nad stołem i pocałował Houston w policzek. Publiczne całowanie
kobiety, nawet żony, a tym bardziej narzeczonej, uchodziło za coś oburzającego, ale
jemu wybaczano rzeczy, na które nie poważyłby się inny mężczyzna.
- Zjesz z nami obiad? - spytała uprzejmie Houston, wskazując miejsce obok siebie.
- Już jadłem, ale może wypiję filiżankę kawy. Dobry wieczór, Blair - powiedział, siadając
naprzeciwko niej.
Blair rzuciła na niego okiem nie przerywając posiłku.
- Blair, odezwij się do Leandera - rozkazał Duncan.
- Nic się nie stało, proszę pana - odpowiedział uprzejmie Leander, spoglądając z
zaciekawieniem na Blair. Uśmiechnął się do Houston. - Jesteś dziś piękna jak panna
młoda.
- Panna młoda! -parsknęła Blair, poderwała się i omal nie przewróciła krzesła,
wybiegając z pokoju.
- Och, ta... - Duncan odłożył widelec, jakby miał zamiar wstać.
Houston zatrzymała go.
- Proszę, nie. Coś ją gnębi. Może tęskni za przyjaciółmi z Pensylwanii? Leander, czy
chciałeś porozmawiać ze mną o ślubie? Moglibyśmy wyjść?
- Oczywiście.
Wsiedli do czekającego na nich powoziku, Leander cmoknął na konia i pojechali w
kierunku przedmieścia. Górskie powietrze stawało się o tej porze chłodne i Houston
wtuliła się w kąt powozu.
- A teraz powiedz mi, co się dzieje - poprosił. Zaciągnął hamulec i przywiązał lejce. -
Wydajesz się równie zdenerwowana jak Blair.
Houston zamrugała, by powstrzymać łzy. Dobrze było przebywać z nim sam na sam. Był
taki swój, taki pewny. Był oazą spokoju w jej życiu.
-To pan Gates. Zawsze ją denerwuje, mówi, że nawet gdy była dzieckiem, nie nadawała
się do niczego i wciąż chce, żeby rzuciła medycynę i pozostała w Chandler. Ach, Lee, on
wciąż jej powtarza, jaka ja jestem nadzwyczajna.
- Och, kochanie - powiedział Lee, biorąc ją w ramiona. -Jesteś nadzwyczajna. Jesteś
słodka, miła i zgodna.
Odsunęła się.
- Zgodna? Taka oferma?
- Nie. - Lee uśmiechnął się. - Po prostu śliczna, milutka kobietka. Bardzo to piękne, że
martwisz się o siostrę, ale przecież Blair musi się liczyć z tym, że będzie krytykowana,
gdy zostanie lekarzem.
- Jednak ty nie uważasz, że powinna rzucić medycynę?
- Nie mam pojęcia, co powinna robić twoja siostra. To nie moja sprawa. Ale po co
rozmawiamy o Blair? Mamy swoje życie. - Mówiąc to, objął ją i pocałował w ucho.
Nie znosiła takich zalotów, chociaż lubiła mieć go w pobliżu. Tak dobrze go znała.
Stanowili parę od czasu, gdy skończyła sześć lat, a on dwanaście. Teraz, gdy miała lat
dwadzieścia dwa, spędzała wiele czasu w towarzystwie Leandera Westfielda i wiedziała
od dawna, że zostanie panią Westfield. Cała jej edukacja, wszystko, czego się nauczyła,
było przygotowaniem do dnia, w którym zostanie żoną Lee. Lecz od kilku miesięcy, gdy
wrócił ze studiów w Europie, przy każdym spotkaniu ją całuje, wciska w kąt powozu i
gmera przy jej ubraniu. Jedyne, czego wtedy pragnie, to żeby jak najprędzej przestał. On
natomiast złości się, nazywa ją lodowatą księżniczką i odwozi do domu.
Mimo pozorów gnuśności Chandler w Colorado było miasteczkiem oświeconym, toteż
Houston wiedziała, jak powinna reagować na dotyk Leandera, ale nie odczuwała
absolutnie niczego. Wiele razy zapłakiwała się ze zmartwienia. Nie wyobrażała sobie,
żeby mogła kogoś kochać bardziej niż jego, a jednak nie podniecał jej jego dotyk.
Wyczuł chyba jej nastrój, bo odsunął się od niej, a w jego oczach widać było złość.
-To już niecałe trzy tygodnie -powiedziała z nadzieją w głosie. - Niedługo będziemy po
ślubie i wtedy...
- Właśnie, co wtedy? - Spojrzał na nią bokiem. - Lodowata księżniczka się roztopi?
- Mam nadzieję - szepnęła, przede wszystkim do siebie. - Nikt bardziej niż ja tego nie
pragnie.
Milczeli przez chwilę.
- Czy jesteś gotowa na jutrzejsze przyjęcie u gubernatora? -spytał Lee, wyciągając z
kieszeni cygaro i zapalając je.
Houston uśmiechnęła się drżąco. Te chwile po tym, jak go odtrącała, były zawsze
najgorsze.
- Moja suknia od Wortha czeka gotowa.
- Spodobasz się gubernatorowi, zobaczysz. - Uśmiechnął się do niej, ale wyczuwała
sztuczność tego uśmiechu. - Pewnego dnia będę miał u boku najpiękniejszą żonę w
całym stanie.
Starała się uspokoić. Przyjęcie u gubernatora to było coś, do czego ją w życiu
przygotowywano. Może powinna była pobierać kursy, jak nie być oziębłą żoną.
Wiedziała, że niektórzy mężczyźni uważali, że ich żony nie muszą lubić seksu, ale
wiedziała też, że Leander był inny i oczekiwał od niej entuzjazmu. Houston wierzyła, że
tak będzie, ale wciąż czuła się poirytowana, gdy Leander ją całował.
- Muszę jutro jechać do miasta - powiedział, przerywając tok jej myśli. - Chcesz jechać ze
mną?
- Bardzo chętnie! Aha, Blair chce wpaść na pocztę, bo ktoś jej przysłał czasopismo
medyczne z Nowego Jorku.
Leander cmoknął na konie, a Houston oparła się o ścianę powozu i zastanawiała się, co
też by zrobił, gdyby się dowiedział, że jego milutka, zgodna narzeczona raz w tygodniu
robi coś absolutnie nieeleganckiego.
Blair siedziała oparta o wezgłowie łóżka z baldachimem; podwinęła pod siebie kolano,
toteż było widać, że nosi szarawary. Jej duży, biało-błękitny pokój znajdował się na
drugim piętrze i roztaczał się z niego piękny widok na Ayers Peak. Miała kiedyś pokój
piętro niżej, tam gdzie reszta rodziny, ale gdy opuściła Chandler w wieku dwunastu lat,
Opal zaszła w ciążę i pan Gates przerobił pokój Blair na pokój dziecinny z łazienką. Opal
poroniła, a mały pokoik, pełen lalek i żołnierzyków, kupionych przez Gatesa, stał teraz
nie używany.
- Nie rozumiem, dlaczego musimy jechać z Leanderem - powiedziała Blair do Houston,
która siedziała wyprostowana na pokrytym brokatem krześle. - Nie widziałam cię kilka lat,
a teraz muszę się tobą dzielić.
Houston uśmiechnęła się słabo do siostry.
-To Leander nas poprosił, żeby mu towarzyszyć, a nie odwrotnie. Czasem myślę, że go
nie lubisz. Ale czemu? Jest uprzejmy, uważający, ma pozycję w towarzystwie.
- I kompletnie tobą zawładnął! - krzyknęła Blair, zeskakując z łóżka. Przeraziła Houston
tym nagłym wybuchem. - Nie rozumiesz, że w szkole pracowałam z takimi kobietami jak
ty, tak bardzo nieszczęśliwymi, że wciąż próbowały popełniać samobójstwo?
- Samobójstwo? Blair, nie mam pojęcia, o czym mówisz. Nie mam najmniejszego
zamiaru się zabijać.
- Szkoda, że nie widzisz, jak się zmieniłaś - powiedziała cicho Blair. -Tyle się śmiałaś, a
teraz jesteś taka przygaszona. Rozumiem, że musiałaś się dostosować do Gatesa, ale
dlaczego masz wychodzić za kogoś podobnego do niego?
Houston wstała i położywszy rękę na toaletce z orzecha, automatycznie dotykała
srebrnej szczotki do włosów, należącej do Blair.
- Leander nie jest taki jak pan Gates. Naprawdę jest inny. - Popatrzyła na siostrę w
dużym lustrze. - Kocham Leandera - powiedziała cicho. - Kocham go od lat i zawsze
chciałam wyjść za mąż, mieć rodzinę, dzieci. Nigdy nie chciałam robić czegoś wielkiego i
szlachetnego, jak ty. Nie rozumiesz, że jestem szczęśliwa?
- Chciałabym ci wierzyć - powiedziała szczerze Blair -ale coś mi przeszkadza. Może to
sposób, w jaki on cię traktuje. Jakbyś już była jego. Gdy jesteście razem, zachowujecie
się jak para, która przeżyła z sobą dwadzieścia lat.
- Znamy się od bardzo dawna. - Houston uważnie spojrzała na siostrę. - Czego mam
szukać u męża, jeśli nie tego, byśmy do siebie pasowali?
- Wydaje mi się, że najlepsze małżeństwa tworzą ludzie, którzy są dla siebie interesujący.
Wy jesteście zbyt podobni. Gdyby Leander był kobietą, byłby idealną damą.
-Tak jak ja - szepnęła Houston. -Ale nie zawsze jestem damą. Robię pewne rzeczy...
- Sadie?
- Skąd wiesz? -spytała.
- Od Meredith. Co powiedziałby twój kochany Leander, gdyby wiedział, że co środę
narażasz się na niebezpieczeństwo? I jak chirurg z jego pozycją może mieć żonę
kryminalistkę?
- Nie jestem przestępcą. To, co robię, jest dobre dla całego miasta -odpowiedziała z
zapałem Houston i ucichła.
Wpinała spinki w elegancki koczek z tyłu głowy. Starannie ułożone loczki otaczały jej
czoło pod kapeluszem, ozdobionym niebieskimi piórami.
- Nie wiem, co powiedziałby o tym Leander. Może się nie dowie.
- Ha! Ten rozpuszczony pyszałek zabroni ci brać udział w jakichkolwiek sprawach
związanych z górnikami, a ty jesteś tak przyzwyczajona do posłuszeństwa, że zrobisz
wszystko, co ci każe.
- Może po ślubie powinnam przestać wcielać się w Sadie. - Westchnęła.
Blair uklękła nagle na dywanie i wzięła siostrę za ręce.
- Martwię się o ciebie. Nie jesteś dziewczyną, z jaką się wychowywałam. Gates i
Westfield gaszą w tobie ducha. Gdy byłyśmy dziećmi, lubiłyśmy się bawić w śnieżki z
chłopcami, a teraz zachowujesz się tak, jakbyś się bała świata. Nawet jeśli potrafisz
zdobyć się na coś tak wspaniałego jak powożenie wozem towarowym, robisz to w
sekrecie. Och, Houston.
Przerwała, gdyż rozległo się pukanie do drzwi.
- Panno Houston, przyszedł doktor Leander.
- Dobrze, Susan, zaraz schodzę. - Houston wygładziła spódnicę. - Przykro mi, że tak ci
się nie podoba - powiedziała wyniośle - ale sama wiem, co robić. Chcę wyjść za
Leandera, ponieważ go kocham. - Z tymi słowami wysunęła się z pokoju i zeszła na dół.
Chciała zapomnieć, co powiedziała Blair, ale nie potrafiła. Powitała Leandera z
roztargnieniem, a potem siedziała pochłonięta własnymi myślami, nie bardzo słuchając
jego sprzeczki z Blair.
Jako bliźniaczki były sobie bliższe niż zwykłe siostry i Blair naprawdę martwiła się o nią.
Ale jakże Houston mogła odrzucić myśl o poślubieniu Leandera? Kiedy miał osiem lat,
postanowił zostać lekarzem, chirurgiem, który będzie ludziom ratował życie, a gdy
Houston go poznała, miał już lat dwanaście i studiował podręczniki pożyczone od
dalekiego kuzyna. Houston zdecydowała, że sprawdzi, jak to jest być żoną lekarza.
Żadne z nich nie odstąpiło od tej decyzji. Lee pojechał studiować medycynę na
Harvardzie, a potem w Wiedniu, Houston zaś chodziła do szkół dla panienek w Wirginii i
w Szwajcarii.
Houston skrzywiła się, przypominając sobie kłótnię z Blair na temat wyboru szkół.
- Chcesz przestać się kształcić tylko po to, żeby nauczyć się nakrywać stół albo jak
wkroczyć do sali dźwigając na sobie dwadzieścia metrów ciężkiego atłasu i nie paść na
twarz?
Blair pojechała do słynnej szkoły w Vassar, a potem do medycznej, Houston zaś
uczęszczała do Szkoły Młodych Dam panny Jones, gdzie przez kilka lat ćwiczona była
we wszystkim, począwszy od układania kwiatów, a skończywszy na przerywaniu kłótni
przy stole.
Lee wziął ją pod rękę, pomagając wsiąść do powozu.
- Wyglądasz pięknie jak zwykle - powiedział jej wprost do ucha.
- Lee - spytała Houston - czy uważasz, że jesteśmy dla siebie interesujący?
Z uśmiechem zmierzył wzrokiem jej sylwetkę, przypominającą klepsydrę.
- Houston, uważam, że jesteś fascynująca!
- Nie, chodzi mi o to, czy mamy o...
maniaczka