Czas odnowić moją mersennowską tradycję rozsyłania osobom bliskim uczuciowo i/lub intelektualnie tematów do dyskusji, z czego wyjść powinien (w teorii) mały think-tank. Tym razem zebrało mi się na rozliczenia polemiczne – mam podobny nastrój, jak przed około rokiem, kiedy bardzo chciałem się z kimś pokłócić i poszedłem do swojej opiekunki roku, feministycznej historyczki, żeby po załatwieniu spraw bieżących zapytać o jej ocenę postulatów Kongresu Kobiet Polskich. Nie zawiodła oczekiwań, tzn. kłóciliśmy się przez kwadrans o parytety, ale to inna bajka.
Teza pierwsza: dylemat Smierdiakowa.
Dawno, dawno temu podczas dyskusji o ateizmie dowalono mi argumentem z Dostojewskiego. Czyli nieśmiertelnym casusem Smierdiakowa: czy to nie jest tak, że Bóg jest potrzebny, żeby trzymać w ryzach (mówiąc Platonem) umysły nieuformowane? Jacek Bartyzel oraz hrabia Joseph de Maistre wyciągają z trumny w Spędobydlińsku (w poprzednim tłumaczeniu – Skotoprigoniewsku) zwłoki Smierdiakowa i pokazują je jako te ubeckie teczki na dowód, że gdy zabierze się ludziom Boga, społeczeństwo zniknie, „na firmamentach zaczną krwawsze jeszcze przeświecać zorze”, a krwawi oraz bezbożni tyrani spróbują zniszczyć świat. Zresztą już prawie zniszczyli, vide przypadek Stalina i Mao. Mao to wprawdzie nienajlepszy przykład na człowieka, któremu zabrano Boga (gdzie ten Bóg w konfucjanizmie?), ale zostawmy to. Samego Bartyzela zresztą też: jak pisze on nie bez racji, nie jest możliwe porozumienie między ludźmi, którzy w centrum świata i swego zainteresowania stawiają człowieka, i tymi, którzy sytuują tam prawo Boże, bez którego żadna władza ani żadna godność ludzka nie jest możliwa.
Offtopic: jeśli kto ciekaw rozwinięcia tej myśli – http://www.legitymizm.org/ewangelia-galernikow . Polecam - wesołe i z rana jak śmietana. Na blogu Wojciecha Sadurskiego jest niezły komentarz do tego w notce pod tytułem „Jak możliwy jest Jacek Bartyzel?” (można sobie wyguglać).
Patrząc jednak z czysto ludzkiego punktu widzenia, to jest abstrahując od tego, czy istnieje Bóg i wyznaczone przezeń prawo Boże, oraz analizując je jako fakty społeczne: czy człowiekowi jest potrzebny Bóg, żeby nie wyrządzał innym krzywdy?
Zdaje mi się, że prawicowcy – do tej grupy jak najbardziej zaliczał się osobnik, który mnie Smierdiakowem próbował zagiąć – abstrahują od szerszego kontekstu opisanego przez Dostojewskiego morderstwa. Jeśli się w centrum świata zamiast Boga umieszcza refleksję nad człowiekiem, innymi słowy świadomie modeluje stosunki społeczne tak, by przejmowały się nie prawem Bożym, ale potrzebami ludzi – konsekwencją tego powinno być państwo, które człowiekiem się zajmuje, i to w sposób sensowny. Lizawieta Smierdiaszcza, matka Smierdiakowa, we współczesnej opiekuńczej Szwecji zmieniłaby się, dostosowując imię do tamtejszej pisowni, w Lisbeth S. jak Salander. Przyjrzyjmy się, co jeszcze by się zmieniło.
1) Prawdopodobnie nie musiałaby pracować i żyć w warunkach upokarzających, o ile nie należałaby np. do uzależnionych nałogowców.
2) Co za tym idzie, miałaby mniejsze szanse stać się ofiarą zbiorowego gwałtu (a tym było poczęcie Smierdiakowa). No i rozbawionym osobnikom wracającym z imprezy świadomość, że gwałt taki jest surowo karanym przestępstwem, mógłby odebrać nieco ochotę.
3) Fiodor Karamazow za udział w gwałcie poniósłby odpowiedzialność karną, a zgwałconej zapewniono by pomoc psychologiczną (jeśli gwałt zostałby zgłoszony; a to byłoby prawdopodobne, zważywszy, że cała sprawa nie była tajemnicą dla miasteczka, gdzie oboje mieszkali)
4) Nawet gdyby nie poniósł, nikt normalny nie zrobiłby go opiekunem prawnym dziecka, do którego narodzin się w ten sposób przyczynił.
5) A gdyby jakimś cudem tym opiekunem został, opieka społeczna musiałaby wpaść na trop brutalności i poniżenia, w jakiej Smierdiakow był wychowywany, i miałby on wszelkie szanse trafić gdzie indziej, gdzie mógłby dorobić się szczęścia.
Wszystko to przy założeniu, że zmiana obowiązujących wzorców moralnych nie wpłynęła na samą osobę Fiodora, będącego obleśnym antywzorem pociągającego libertyna, tudzież na samą Lizawietę, choć ta jest akurat typową „wykluczoną” tudzież „ludzkim odpadem” (Bauman) i nawet dziś mogłaby mieć problemy z dojściem swoich racji w starciu z członkiem miejscowego establishmentu. Nie jestem zwolennikiem tezy, że człowiek jest sumą stosunków społecznych i wolna wola nie waży. Niemniej jednak kwestia owych stosunków zbyt łatwo bywa odrzucana. Z powyższego widać, że w nowoczesnym i dobrze zorganizowanym państwie opiekuńczym Smierdiakow nie byłby możliwy. Że nawet ulotne korzyści społeczne, jakie daje propagowanie kłamstwa, a może tylko niemówienie prawdy, okazują się nierealne: można uzyskać większe inną drogą, dając przy tym ludziom więcej wolności. No ale zadać można pytanie, czy nie wypadnie zostawić na boku Smierdiakowa i skoncentrować się na ludziach, których stosunki społeczne nawet w państwie opiekuńczym nie powstrzymają przed złym czynem. Może prawo Boże coś na nich poradzi?
Słusznie zauważył jeden z moich przelotnych znajomych (teza w postaci rozwiniętej przeze mnie): Bóg w aspekcie prawodawcy jest ucieleśnieniem wyobrażenia twórców religii i pierwszych jej wyznawców o idealnym rządzie. Dlatego tzw. „prawo naturalne” dotyczy po prostu kwestii, do których większość społeczeństw doszła po prostu drogą empirii, szukając optymalnych rozwiązań dla kwestii ważnych z punktu widzenia pragmatycznego (także z punktu widzenia pax deorum, ale tu już każde społeczeństwo miało inne rytuały i potrzeby). Co można udowodnić nie tylko na przykładzie najczęściej w tym kontekście przywoływanego zakazu kazirodztwa, ale też choćby małżeństwa, którego w tej czy innej formie dopracowało się niezależnie od siebie wiele kultur. Ale nie dlatego, że, jak chciał Chesterton, cały świat (w różnym tylko natężeniu) odczuwał wolę Bożą dotyczącą prawa naturalnego – jak przekonywał mnie pewien zidiociały tolkienista, który zniechęcił mnie całkiem do twórczości Johna Ronalda Reuela – tylko dlatego, że wspólne tym kulturom były cele, a mianowicie a) zapewnienie mężczyźnie możliwie dużej pewności, że jest ojcem dzieci „swojej” kobiety, b) [w większości przypadków] dodatkowa gwarancja, że owe dzieci będzie miał kto odchować. Małżeństwo było w wielu kulturach instytucją asymetryczną na korzyść mężczyzny (poligamia była wcale częsta, poliandria prawie nie występowała, poza Nepalem i bodajże kilkoma kulturami afrykańskimi), a w praktyce było asymetryczne niemal zawsze, niezależnie od tego, czy kultura promowała równość małżonków. Chrześcijaństwo, paradoksalnie, na tle epoki mocno promowało: nie tylko zakazem poligamii, nie tylko zmianą definicji cudzołóstwa (na „pozamałżeński stosunek seksualny” co było dużą reformą w stosunku do rzymskiego „pozamałżeński stosunek seksualny kobiety”) ale i choćby – lecz to dopiero w średniowieczu – sakramentem małżeństwa wymagającym wyrażenia przed Bogiem osobistej zgody przez biorącą ślub parę. W takich Chinach (cesarskich) nie zaprzątano sobie głowy choćby formalnym zwróceniem uwagi na to, czego chcą sami potencjalni państwo młodzi: rodziny spisywały kontrakt i szu. Ale także w chrześcijaństwie praktyka rozmijała się z teorią: dla kobiety zdrada małżeńska była grzechem straszliwym, pomijając już wszelkie enuncjacje na temat jej niższości, nieczystości, poddania oraz roli w grzechu pierworodnym (ostatnio rozbawiła mnie Maria Bogucka swoją kuriozalną książką „Gorsza płeć”. Kuriozalną ze względu na metodologię – przykładem właśnie kwestia grzechu pierworodnego: owszem, kobieta posłuchała węża, i jeszcze skusiła Adama, ale jak pisze pewien (wymieniony tam z nazwiska) teolog w „Tygodniku Powszechnym” to wcale nie musiało być złe z punktu widzenia chrześcijaństwa, ba, mogło być nawet dobre, bo otworzyło ludziom drogę do szerszego poznania świata. Aż się chce zapytać: a Bóg wie?). Dla mężczyzny kochanki były na ogół przyjemnością niekaralną.
Oczywiście wszystkie te uwagi „kulturowe” są uproszczeniem, uogólnieniem i generalizacją; wypowiadam się na podstawie kultur znanych sobie z doświadczenia i/lub z własnych lektur – azjatyckich, europejskich, części amerykańskich, części afrykańskich. Te i następne, bo zmiany w tym aspekcie kultury nie dokonywały się w jednym kierunku, nie wszędzie naraz, nie zawsze w podobny sposób.
Do rzeczy: współczesną odmianą casusu Smierdiakowa, to znaczy sztandarowym przykładem spod znaku „Może i z morza nie wychodzi Bestia, ale spójrzcie, jak straszne rzeczy się dzieją, gdy odchodzicie od Boga, maluczcy!”, jest tzw. „kryzys małżeństwa” tudzież związany z nim „kryzys rodziny”. O ile nie twierdzi się, że wywołała go rewolucja francuska, masoni oraz „hordy gejów i gejofilów” (Wierzejski), słyszymy takie właśnie opinie: tradycyjna moralność zaczęła upadać, tak jak powiązana z nią religijność, czego skutkiem jest niż demograficzny, „chore” pomysły legalizacji związków homoseksualnych, wzrost liczby rozbitych rodzin i społecznych patologii (w kolejności od najczęściej wymienianego w takich razach argumentu).
W jakim sensie tradycyjna moralność upadła? Na pewno w tym, że znikły – a może raczej zaczęły zanikać – wspomniane już cele małżeństwa, obrosłe przez lata nimbem tradycji i/lub świętego obrzędu dokonywanego przed Bogiem. Najpierw ustalono, że dziecko nie jest jednak własnością ojca (to, że kobieta nie jest własnością męża, było moim zdaniem dopiero pochodną tego stwierdzenia) a na małżeństwo oboje nupturienci winni wyrazić osobistą zgodę. Potem z powyższego wywnioskowano, że kwestią wolnego wyboru pary jest posiadanie dzieci, a na koniec, że ślub nie wiąże do końca życia i jeśli człowiek doszedł do wniosku, że wiążąc się z konkretną osobą popełnił tragiczną pomyłkę, może uzyskać rozwód.
Oczywiście błędem byłoby rozpatrywanie tych przemian kulturowych wyłącznie w kontekście ich samych, a już totalnym błędem przypisywanie ich wyłącznie działalności ruchu feministycznego. Nie byłoby umasowienia kwestii kobiecej, gdyby nie zwiększony dostęp kobiet do przestrzeni publicznej związany z przemianami kapitalistycznymi, tak krytykowanymi przez feministki orientacji lewicowej. Oraz zanegowanie tradycyjnego porządku społecznego przez Oświecenie i ideologie późniejsze. Jak złośliwie (lecz słusznie) dodają historycy techniki, swój udział w wyzwoleniu kobiet mają też wynalezione przez samych mężczyzn maszyny w rodzaju pralki automatycznej i kuchenki gazowej, które oszczędziły paniom z warstw niższych sporej części prac domowych. Archetypiczne „panienki z dworków”, które w poprzednich epokach miały wysoką pozycję społeczną i czas, były zbyt nieliczne i zbyt przesiąknięte (niepopularne dziś słowo) ideologią klasową, by zajmować się jeszcze ideologią wyzwolenia kobiet. Grały, poza jednostkowymi wyjątkami, na męskich zasadach, wycofując się w przyznane im przez mężczyzn sektory przestrzeni publicznej. (O zmianie sytuacji kobiet polskich w wieku XIX napisałem kiedyś wierszyk satyryczny, nie jestem z niego zadowolony, ale zacytuję na koniec). Do tego – o czym za chwilę – „państwo socjalne” zaczęło wyręczać, a czasem zastępować rodzinę w udzielaniu pomocy jednostce i w jej socjalizacji, co w pewnej mierze zaczęło odbierać rodzinie – i nieco większym tradycyjnym społecznościom w rodzaju gromady – monopol na kształtowanie życia dzieci. Nie byłoby feministek jako masowego ruchu (a może nie byłoby ich w ogóle) bez tych przemian. Niemniej jednak to ruch feministyczny, a nie „proces społeczny” ani Zeitgeist zwrócił uwagę na podmiotowość kobiet i ważny drobiazg, ten mianowicie, że są one nie mniej ludźmi niż mężczyźni i powinny wziąć udział we własnym samookreśleniu. (Dziś ten słuszny postulat cudownie wypaczają środystki, dzieląc niezgadzających się z nimi ludzi na mężczyzn, którzy skoro się nie zgadzają, to na pewno są przedstawicielami „skundlonej” ideologii patriarchalnej, i kobiety, których niezgoda jest dowodem, że owa ideologia wyprała im mózgi; vide Sierakowski, który „list piętnastu kobiet” przeciw pomysłowi parytetów porównał do volkslisty. Tym sposobem środowisko Środy, widzące „widmo patriarchatu” nawet w elektrowniach atomowych, spycha się samo do mentalnego getta)
Wszystkie wymienione przemiany doprowadziły do tego, że istniejące struktury małżeńskie straciły treść, która dawniej je wypełniała. To znaczy: przestały (w dużej mierze) być zobowiązaniem wobec Boga, przestały być dla mężczyzny zapewnieniem posiadania danej kobiety do końca życia (ale też dla części kobiet, min. z kręgu kultury chrześcijańskiej właśnie, przestały być stabilną gwarancją, że mąż ich nie zostawi), przestały być strukturami obowiązkowymi z punktu widzenia wychowania dzieci (bo same dzieci przestały być obowiązkiem), przestały (ale nie zawsze i nie wszędzie) być kontraktem ekonomicznym, tak z perspektywy rodzin, jak i małżonków (przekorność intelektualna każe tu przywołać Esther Vilar i jej opis pewnego typu związków małżeńskich oraz pozamałżeńskich jako „pracy za seks” - on pracuje, ona go wyzyskuje oferując w zamian usługi seksualne).
Czym zostały? Strukturami ważnymi głównie z punktu widzenia pragmatycznego – parom sformalizowanym łatwiej wzajemnie dziedziczyć, łatwiej odwiedzać się w szpitalach, łatwiej (jeśli mają wspólną kasę) rozliczać się z podatków – i emocjonalnego (małżeństwo nadal jest wśród większości ludzi, choć nie wszystkich, postrzegane jako ukoronowanie kochania się i chęci bycia razem). To mało w stosunku do sieci powiązań, która przedtem była: stare struktury, by nie skostniały, trzeba wypełnić miłością, dawniej systemowo zbędną, teraz wymaganą na co dzień, bo inaczej małżeństwo się rozpadnie. To trudne, zwłaszcza gdy się jest przyzwyczajonym do innego zgoła modelu relacji, stąd twierdzenia o „kryzysie”. Ale też oferuje potencjalnie znacznie więcej szczęścia niż historycznie uwarunkowany kształt tego związku, kiedy nie było mowy o wolnym wyborze, równości stron i tego rodzaju bzdurach.
Zwalczanie związków homoseksualnych bierze się, poza uprzedzeniami, z jednego przede wszystkim przekonania: celem małżeństwa są dzieci, kropka. A jednak nie są, i to nie tylko z punktu widzenia złych liberałów. Kościół katolicki, cokolwiek by o nim nie powiedzieć, jest w tej kwestii konsekwentny: ślub mogą brać tylko osoby płodne, a jeśli któreś z małżonków płodne nie jest, małżeństwo wzięte w kościele można legalnie unieważnić. To jedna spójna wizja tego, czym małżeństwo jest. Druga wizja abstrahuje od przyrostu naturalnego i widzi w stabilizowanych przez państwo związkach po prostu dokonywaną małym kosztem poprawę ładu społecznego – ludzie, którzy uzyskując przy okazji drobne ułatwienia prawne (to jest ten koszt) zawierają formalny związek dostając dla niego swoiste gwarancje pa...
Wirydarz