Najbardziej znane – i najgorzej przyjęte – słowa na Kongresie padły z ust Leszka Balcerowicza : A może czas skończyć z tym, że kultura wysoka kojarzy się z dziełami, za które odbiorcy nie chcą płacić. We wszystkich mediach podniosło się larum : oto neoliberalizm odsłonił swoją prawdziwą twarz , twarz chciwca , który w imię doraźnego zysku chce wydrzeć kulturze ostatni grosz. Co bardziej radykalni krytycy twierdzili nawet , że jest w tym głębsza myśl : politycy chcą w ten sposób ogłupić społeczeństwo , by łatwiej nim rządzić. Pod względem wzbudzanej w tym gronie niechęci z Balcerowiczem może konkurować tylko „sztuka niska” tudzież „komercja” zabijająca ponoć prawdziwą kulturę. Zadziwia skądinąd , że nawet młodzi twórcy przyswoili sobie już na początku drogi kategorie Krzysztofa Zanussiego i Theodora Adorno. Że zaś narzędzia opisu rzeczywistości wzięli niechybnie od tego ostatniego , filozofa i muzykologa widzącego w „kulturze niskiej” zło i narzędzie totalitarnej kontroli , w „kulturze wysokiej” zaś nadzieję na ocalenie ludzkości , warto w ramach polemiki przytoczyć słowa innego muzykologa.
Mowa o Richardzie Taruskinie , wybitnym znawcy muzyki rosyjskiej i redaktorze sześciotomowej , pomnikowej Historii Muzyki Zachodniej wydanej przez Oxford University Press , a przy tym błyskotliwym eseiście. Jak napisał kiedyś Piotr Kamiński , Taruskin to człowiek , z którym przyjemniej się kłócić niż zgadzać z kim innym. Poniższy cytat pochodzi z jego legendarnego eseju Mistyka muzyki , zamieszczonego w „New Republic” z 22 października 2007 r.
Jakie więc obiektywne i abstrakcyjne kryteria wartości muzyki prezentuje Fineberg? [krytyk , z którym autor polemizuje – T. F.] Właściwie takie , jak każdy nauczyciel kompozycji. Ich miarą jest stopień znajomości artystycznego rzemiosła i oryginalności. A że o znajomości rzemiosła wyrokować może tylko praktyk , to , czy dzieło sztuki przemawia do widowni , nigdy nie może tu służyć za uznaną miarę (…) Sztuka w rodzaju współczesnej muzyki poważnej sprawia podwójny problem. Kompozytorzy nie wytwarzają bogactwa w miarę , jak odnoszą coraz większe sukcesy , lecz je konsumują. Większe i zyskujące szerszy poklask dzieła przynoszą nawet większe straty (i potrzebują większych dotacji) niż małe koncerty studenckie. Skala sukcesu kompozytora jest odwrotnie proporcjonalna do rentowności jego dzieł : im większe straty , tym większy kompozytor. Zatem , obywatelu , zostaw wojnę generałom i płać. A jednak muzyka jest zbyt ważna , by zostawić ją kompozytorom. Ich zainteresowania i cele , jeśli przestać poddawać je publicznemu osądowi , mają tendencje do trywializacji ; zaczynają się oni ścigać na własnym , akademickim gruncie kłótni i rywalizacji profesjonalistów. I jeszcze jeden cytat z tegoż eseju , opisujący , co to za kłótnie , o ile nie czysto osobiste : Twoje Wartości Uniwersalne mogą czyścić buty moim Wartościom Uniwersalnym!
Taruskin pisał o muzyce , niemniej jego refleksje da się odnieść do wielu innych dziedzin sztuki , które wymagają znacznych nakładów finansowych oraz współpracy wielu ludzi. W teatrze , filharmonii czy operze trzeba znacznych nakładów na infrastrukturę , wynagrodzenia czy reklamę , zanim dane dzieło w ogóle ujrzy światło dnia. A jeśli okaże się , że mało kto ma ochotę je oglądać (lub słuchać) , nakłady „na kulturę” , zwykle państwowe , okazują się wyrzucone w błoto.
Próbował na to zwrócić uwagę Jacek Sieradzki. Niestety , z jego „Pamflecikiem na zadowolonych , czyli między nami świetnie jest” („Przekrój” 11/2010) nie podjęto nawet poważnej polemiki , na którą zasługiwał. Spośród wielu tez tego eseju warto przypomnieć dwie : a) że pogarda luminarzy „wysokiej kultury” dla „kultury niskiej” uniemożliwia im rzetelną ocenę dzieł , na które chodzi masowy widz (w przeciwieństwie np. do spektakli Michała Zadary czy Radosława Rychcika) , b) że wielu spośród młodych artystów sceny zatraciło wszelki szacunek do widza , eksponując na scenie głównie własne ego. Za państwowe pieniądze oczywiście. Wypowiedzi np. środowiska Instytutu Teatralnego w jednej i drugiej sprawie sprawiają wrażenie przemawiania z oblężonej twierdzy : tu „demokracja urzędników” (cytat z Krzysztofa Mieszkowskiego) która chce się wtrącać w to , jak artyści prowadzą teatry , tam niewyrobiony widz , zamiast do Dramatycznego w Warszawie czy Starego w Krakowie idący do Romy , Polonii czy na kabaret Marcina Dańca. Znikąd pomocy.
NAJCIEMNIEJ POD LATARNIĄ
Ani u Macieja Nowaka i młodych (a czasem wiecznie młodych) ludzi sztuki z nim związanych , ani u rówieśników Zanussiego , ani też u pokolenia , którego start twórczy przypadł na początek III RP (choćby Grzegorz Jarzyna czy Krzysztof Warlikowski) nie sposób doszukać się refleksji , że sami wpędzili się w ten kocioł. Nie oni jedni ; zjawisko ma odpowiedniki w wielu innych sferach życia. Z jednej strony polityk , nawet demokratycznie wybrany , może tylko zaszkodzić kulturze wtrącając się w nią : wiadomo , że Artysta wie lepiej. Wiadomo też , że wie on lepiej od widza. Miarą jakości dzieła sztuki miałaby być frekwencja w filharmonii czy teatrze? Toż to prosta droga do tryumfu komercji! Taka mentalność przypomina to , o czym pisała Agnieszka Graff w swoich tekstach o NGO : państwu nie ufamy , bo państwo to „oni” , zaś ludzi spoza naszego kręgu powoli przestajemy dostrzegać , skoro nie jesteśmy od nich w żaden sposób zależni.
Tyle że inaczej niż NGO , które o granty muszą jednak konkurować , polska „kultura niezależna” chce , by jej niezależność gwarantowały rosnące państwowe dotacje. Jeśli jednak o sposobie ich wydawania nie mają decydować ani opinie demokratycznie obranych reprezentantów narodu , ani sam naród chodząc (bądź nie) na dany spektakl czy koncert , to kto - samo środowisko? Muzykę zostawmy kompozytorom , teatr reżyserom , operę jednym i drugim? Ależ to nie jest demokracja , lecz oligarchia niewiele mająca wspólnego z tzw. ludem.
Dyskusja z Balcerowiczem , której na Kongresie w ogóle nie podjęto , sprowadza się w istocie do takiego właśnie pytania : co jest sztuką? Po co nam sztuka? Kto powinien decydować o jednym i drugim , i o tym , jaka sztuka jest warta wsparcia publicznym groszem? Istnieją wszak różne gusta , a wszystkich zadowolić nie sposób. Odbiorcy chcą takich spektakli czy koncertów , jakie im się podobają. Artyści chcą robić taką sztukę , jaką lubią. Władza ma obowiązek godzić oczekiwania widzów ze staraniami , by kolejne pokolenia Polaków nie były głuche na muzykę i ślepe na teatr czy malarstwo. Pamiętając jednocześnie , że sztuka sama w sobie nie czyni nikogo lepszym : może pomóc w refleksji nad rzeczywistością , ale trzeba mieć umiejętność takiej refleksji. To jednak zupełnie inna sprawa.
Problem polega na tym , że ani środowisko twórcze , ani władza niespecjalnie jest gotowa do dialogu na powyższy temat i poszukiwania konsensusu. Trudno się dziwić artyście , który narzeka , że odmówiono dotacji jemu lub jego znajomemu i jest to niszczenie polskiej kultury. Co gorsza , w chórze takich narzekań często trudno wyłapać biadania naprawdę zasadne , jak choćby protest przeciw unicestwieniu „Wiadomości Kulturalnych” przez minister Wnuk - Nazarową. W gazetach dzień za dniem słychać narzekania artystów i dziennikarzy na „demokrację urzędników” którzy nie liczą się z luminarzami kultury. Oto prezydent Opola śmiał skrytykować teatr w swoim mieście. (zgroza! Jak mógł jeszcze nie złożyć dymisji?!) Oto Marek Kraszewski , szef warszawskiego Biura Kultury nie skonsultował się z zespołem powołując nowego dyrektora Teatru Studio. Ani też nie zapytał środowiska o zdanie czyniąc Tadeusza Słobodzianka dyrektorem Teatru Na Woli.
MY , KULTURALNI
Ta ostatnia sprawa , która wzbudziła liczne protesty , jest szczególnie wymowna. Żadnej refleksji u protestujących nie wzbudziła druga część nazwy Teatru na Woli : „im. Tadeusza Łomnickiego”. Wybitny aktor , którego za przynależność do PZPR zdecydowana większość „środowiska” utopiłaby w łyżce wody , uzyskał dzięki akcesowi do partii stworzenie nowego teatru w miejsce kina na Kasprzaka. Przełamał bojkot kolegów po fachu zatrudniając aktorów świeżo po studiach (min. Dorotę Stalińską i Grażynę Szapołowską) , przełamał niechęć wolskich robotników , którym zabrano srebrny ekran , i w ciągu paru lat zrobił ze swego teatru jedną z pierwszych scen Warszawy. W „Przedstawieniu Hamleta we wsi Głucha Dolna” z Łomnickim w roli Mate Bukary , demonicznego sekretarza wiejskiej komórki partyjnej , siermięgę komunistycznego kraju ukazano w sposób , na jaki nie mógłby sobie pozwolić żaden inny teatr. Za bilety na „Amadeusza” Formana (Łomnicki grał Salieriego) oferowano nawet dolary. Ale środowisko teatralne uparcie nie chce pamiętać , że gdyby to ono postawiło wtedy na swoim , nie było tych spektakli ani tej sceny : kiedy władza wchodzi w spór z artystami na temat kultury , z definicji nie może mieć racji i już.
Nawoływania do wprowadzenia w tej dziedzinie demokratycznych , zachodnich standardów bywają sprzeczne z realiami. Kiedy w 2006 roku z Opery Narodowej pozbyto się Mariusza Trelińskiego po tym , jak w referendum wśród pracowników tej instytucji otrzymał znikome poparcie , „środowisko” poszło na bój , pod listami protestacyjnymi podpisały się dziesiątki osób. Jednym z głównych argumentów było to , że złamano prawo i dobre obyczaje : nie wyrzuca się dyrektora przed upływem kontraktu. Dwa lata później ci sami ludzie wielkim głosem wołali , by minister Bogdan Zdrojewski wyrzucił z Opery Janusza Pietkiewicza , choć jego kontrakt bynajmniej nie upłynął – i dopięli swego. Coś tu jest nie tak ; nie chcę bronić Pietkiewicza , który był dyrektorem fatalnym , ale niepokoi mnie , że gdy idzie o ludzi bliskich „środowisku” liczą się sympatie , nie zaś standardy moralnoprawne , ponoć przez środowisko bronione. W prasie pojawiły się gorące protesty , gdy dyrektorem Teatru Studio nie zasięgając opinii zespołu uczyniono Grzegorza Brala ; ciekawe , co te same osoby by mówiły , gdyby w podobnym trybie powołano Michała Zadarę?
W NASZEJ KLASIE
W tym rzecz. I nie jest to błahostka. Przyjęcie zasady , że to artyści decydują , komu i ile dać na Sztukę , oznaczałoby promocję „swoich” , marginalizację zaś ludzi z jakichś względów w środowisku niepopularnych. W efekcie tak czy owak przepadałby ten , kto nie ma poparcia w antyszambrach. „Salony” Paryża , tej Mekki twórczej kontynentu , od lat zwalczają na przykład Marca Minkowskiego , jednego z najwybitniejszych dyrygentów Europy. Jego koncertów i nagrań prawie nie recenzuje się w gazetach , orkiestry francuskie woli się powierzać dyrygentom zagranicznym , a o jego nieprzyjemnych przejściach w Operze Paryskiej można by książkę napisać (po premierze Ifigenii na Taurydzie Glucka w reżyserii Warlikowskiego , która nie spodobała się publiczności , o klapę spektaklu oskarżono Minkowskiego i na długie lata wykreślono z planów artystycznych teatru).
Rozwiązaniem byłoby wprowadzenie długoletnich kontraktów dyrektorskich , które sprawiłyby , że raz powołany szef placówki byłby (jak we Francji) nie do ruszenia i mógłby dobierać sobie współpracowników tak , jak chce. Natomiast nie może to iść w parze z oddaniem „środowisku” władzy nad obsadą stołków , choćby czyniąc z jego reprezentantów jury konkursów. Tym bardziej , że w roli uczestnika takiego konkursu trudno sobie wyobrazić np. Andrzeja Seweryna czy Krystiana Lupę.
Demokracja niespecjalnie sprawdza się w sztuce , ale jeśli już o niej mowa , warto pamiętać , że to ustrój polegający na przekonaniu innych do swego zdania. Niechże więc reżyserzy i kompozytorzy spróbują najpierw przekonać widzów do swoich dzieł tak , aby zapełnili salę , miast powtarzać w kółko , że są zdolni , a tylko polski filister ich nie ceni. Znamienne , że znacznie więcej skromności wykazuje Lupa , który nigdy nie żalił się gazetom , jakoby polski beton podcinał mu skrzydła i niszczył talent , choć jego mniej zdolni epigoni bez przerwy mają takie słowa na ustach.
SZKLANE DOMY PRZYSZŁOŚCI
To , co polskiej kulturze jest naprawdę potrzebne , to nie rozszerzanie granic wolności sztuki tak , by uwolnić ją od odbiorców. Nad zwiększaniem łożonych na nią dotacji publicznych warto się zastanowić w drugiej kolejności , po właściwej alokacji tych , które już są. Dobrym przykładem Opera Narodowa , której od ćwierćwiecza nikt nie zdołał zrestrukturyzować ; jeszcze lepszym nietrafione wydatki w Roku Chopinowskim , od koszmarnego baletu Chopin po „grające ławki” na Krakowskim Przedmieściu , które dźwięcząc dzień i noc na dobre zniechęcają mieszkańców tej ulicy do muzyki. To zresztą niezła metafora polityki kulturalnej państwa ; albo wycofanie się rakiem , albo wmuszanie „kultury wysokiej” kijem (nie tylko w muzyce , dość przypomnieć apele twórców , by TVP w paśmie największej oglądalności puszczała „ambitne” kino i teatr). Ani jedno , ani drugie nie powinno mieć miejsca.
W wolnym kraju po prostu nie sposób zmusić ludzi , by słuchali Chopina i szli do teatru na Szekspira. Warto natomiast zająć się systemem szkolnictwa , którego obecny stan kiepsko rokuje jednemu i drugiemu. Muzyka jest , poza szkołami specjalistycznymi , tragicznie zaniedbana ; zamiast śpiewać w chórze (rzecz coraz bardziej obciachowa) i poznawać różne gatunki muzyki tak , by wyrobić sobie własny gust i mieć podstawę dla wyboru , dzieci muszą słuchać z płyt Moniuszki oraz grać na przedpotopowych ksylofonach. Ceny biletów w teatrach wzrosły ostatnio bardzo znacznie , zwłaszcza ulgowych , czyli min. dla szkół. Że nie wspomnę o wadach w nauczaniu języka polskiego , które od jakiegoś czasu przekonuje uczniów : „nie to jest istotne , żeby myśleć , ale to , żeby na egzaminie trafić w klucz”.
Reformy i zmiany właśnie w tej sferze mogą wiele dać. Choć byłyby mozolne , niemedialne , często też czekałby je pewnie opór ze strony luminarzy kultury , wedle których po prostu trzeba wpajać dzieciom , że Słowacki wielkim poetą był , a Chopin wielkim kompozytorem. I ich Wartości są bardziej Uniwersalne niż wartości Harry’ego Pottera czy Beatlesów. To chyba oczywiste?
Nieoczywiste. I póki nasze środowisko kulturalne nie nauczy się odpowiadać na pytanie „dlaczego” , a przy okazji prowadzić dialogu z odbiorcą , póty głosy o zwiększenie środków na kulturę – choć słuszne – będą wołaniem na puszczy. Nie przez Balcerowicza. Zmianie można się sprzeciwiać , można ją spowolnić , nie można jej powstrzymać – pisał Taruskin podsumowując swój esej o muzyce klasycznej , o tym , że jej słuchacze dochodzą do niej innymi ścieżkami niż dawniej , często dzięki filmom hollywoodzkim czy crossoverom z muzyką nowoczesną , które dla konserwatystów są „schlebianiem najniższym gustom”. Mogą nam się nie podobać te zmiany , tak jak dla ludzi mówiących po łacinie nie podobało się , że ich język zmienia się we francuski czy rumuński. Musiało im się to wydawać upadkiem , degeneracją , śmiercią.
Wirydarz