plik.doc

(79 KB) Pobierz
Krakowscy piekarze obniżają koszty wdrożenia HACCP

Krakowscy piekarze obniżają koszty wdrożenia HACCP   
16.1.2004

Kilkunastu piekarzy z Krakowa postanowiło wspólnie zaangażować firmę, mającą opracować i wdrożyć system niezbędny do otrzymania certyfikatu HACCP przez ich firmy. Ma to znacznie obniżyć koszty tego procesu.

Pierwszym etapem wdrażania HACCP jest ocena wewnętrzna, sprawdzająca, czy nie trzeba przebudować wnętrza zakładu, aby nie krzyżowały się drogi różnych etapów produkcji oraz szkolenie pracowników powodujące zmianę ich przyzwyczajeń.

Ten etap, połączony ze sporządzeniem dokumentacji, będzie kosztował każdą z firm piekarskich działających razem, około trzech tysięcy zł, czyli kilka razy mniej, niż gdyby robiły to samodzielnie.

Wdrożenie sysytemu HACCP jest obligatoryjne dla wszystkich firm z branży spożwczej: producentów, przetwórców, gastronomików, dystrybutorów.

 (tvp.pl)

 

 

źródło Dziennik Polski (http://dzis.dziennik.krakow.pl/?2004/01.28/Kraj/c2/c2.html)

Eugeniusz Twaróg

Chleb po krakowsku

Piekarze walczą między sobą, ale o wszystko jak zawsze obwiniają supermarkety

Grupa krakowskich piekarzy wypowiedziała wojnę dwóm sieciom handlowym, bo te - ich zdaniem - za tanio sprzedają chleb, łamiąc w ten sposób przepisy o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji. Kłopot tylko w tym, że pieczywo do tych hipermarketów dostarczają ich koledzy po fachu.

Od pół roku media ostrzegają przed drastycznymi zwyżkami cen chleba. Jeśli pszenica i mąka nadal będą drożały, a nic nie wskazuje na to, by miało stać się inaczej, za zwykły, półkilogramowy bochenek zapłacimy w sklepie nawet 3 zł. To, że pieczywo musi podrożeć, wydaje się tak oczywiste jak suma rachunku dwa plus dwa. Ceny pszenicy na giełdach rolnych poszybowały w górę w ciągu kilku miesięcy z 440 zł za tonę do ponad 600 zł. W ślad za tym podrożała mąka. Jeszcze w październiku młynarze liczyli sobie za kilogram "pięćsetki" - najpopularniejszy gatunek wykorzystywany do wypieku chleba - 68 gr, teraz - 1,1 zł. Elementarz piekarnictwa mówi, że na wyprodukowanie dwóch ton pieczywa trzeba zużyć tonę mąki. Kiedy więc cena podstawowego surowca poszła w górę o ponad 40 proc., wydawało się, że lada dzień zacznie drożeć i chleb. Nic takiego się nie stało. Poziom cen ustalony dobrych kilka lat temu nawet nie drgnął. Mało tego: w hipermarketach można natrafić na fantastyczne promocje: półkilogramowy bochenek kosztuje tyle, co trzy bułki. Wszystko dlatego, że piekarze od dawna toczą między sobą wyniszczającą wojnę cenową. Na razie nikt nie chce złożyć broni. Branża jest podzielona i mocno skonfliktowana, a próby osiągnięcia porozumienia kończą się fiaskiem. Ostatnio jednak grupa krakowskich piekarzy postanowiła położyć kres ciągłemu zaniżaniu cen.

Jak piekarz z piekarzem

O tym, jak trudno rzemieślnikom osiągnąć porozumienie świadczą rezultaty nieformalnego spotkania piekarzy zrzeszonych w Cechu Rzemiosł Spożywczych, które odbyło się na początku stycznia. Właściciele piekarni zebrali się, aby wspólnie ustalić minimalną cenę, w jakiej będą sprzedawać chleb sklepikarzom. Wszyscy zgadzali się, że teraz jest ona za niska i nie gwarantuje nawet zwrotu poniesionych kosztów. Jak wyliczył jeden z uczestników, jeśli piekarzowi ma się opłacać wypiek chleba, to bochenek o wadze 1 kg powinien kosztować w sklepie 3,5 zł, a półkilogramowy - 2,80 zł. Po ponadgodzinnej dyskusji stanęło na tym, że od następnego tygodnia wszyscy solidarnie podyktują jedną cenę sklepikarzom, nie mniejszą niż 1,73 zł (na półce sklepowej chleb kosztowałby wtedy 2,10-2,20 zł). Kiedy jednak doszło do głosowania tego pomysłu, część obecnych na sali wstrzymała się od głosu.

- Właściciele elewatorów zbożowych potrafili się dogadać, młynarze również, tak samo jak producenci drobiu - wszyscy podnieśli ceny, tylko my nie możemy się porozumieć - przekonywali zwolennicy podwyżek. - Grunt jest przygotowany, konsumenci wiedzą, że chleb musi podrożeć. To jest jedyna i niepowtarzalna okazja, którą koniecznie trzeba wykorzystać. Taka szansa już się nie powtórzy - zachęcali.

Nie wszystkich udało się przekonać, bo też część zgromadzonych doskonale pamięta, jak skończyła się poprzednia próba zawarcia podobnego układu. Kilka lat temu piekarze umówili się, że od następnego dnia zażądają od sklepikarzy wyższych cen. Kiedy jednak samochody dostawcze ruszyły w miasto, okazało się, że z porozumienia wywiązali się tylko niektórzy, reszta wolała nie zadzierać z kupcami i pozostała przy starych cenach. Zdarzały się i takie przypadki, że piekarz "na fakturze" podnosił ceny, ale w zamian w sobotę całość dostawy dostarczał do sklepu za darmo. Sprawa skończyła się tym, że ci, którzy zażądali wyższej zapłaty, utracili część odbiorców, bo kupcy po prostu woleli kupować tańszy chleb od innego dostawcy. W Krakowie działa ponad 170 piekarni. Przy tak dużej konkurencji nietrudno wypaść z rynku. Część piekarzy woli zacisnąć pasa i sprzedawać chleb po obecnych cenach niż stracić odbiorców. Sklepikarze nie pozwolą sobie na dyktat producentów, gdyż na miejsce krnąbrnego dostawcy znajdą innych, tańszych. A tych w mieście nie brakuje.

300 tanich bochenków

Nazwiska tych producentów mogli przeczytać na opakowaniach chlebów uczestnicy zebrania. Organizatorzy spotkania rozłożyli na stołach kilkadziesiąt bochenków, które wcześniej kupili w jednym z dyskontów po 69 gr. Oznacza to, że piekarz, który je tam dostarcza, dostaje za pieczywo nie więcej niż 50 gr. Od ceny, jaką płaci klient, trzeba bowiem odliczyć marżę sklepu i koszt zapakowania chleba, który ponosi producent. W trakcie dyskusji wielu piekarzy pytało, jak to możliwe, że ktoś jest w stanie utrzymać swój zakład, sprzedając pieczywo tak tanio, że nie wystarczy nawet na zakup surowca.

- Co z tego, że my ustalimy wspólnie jedną cenę, skoro jest kilku piekarzy w mieście, którzy i tak będą taniej sprzedawać chleb, tak jak robią to teraz - mówił właściciel piekarni.

- Oni oszukują nie tylko nas, ale również swoich odbiorców. Kupcy nie wiedzą, że ich dostawca sprzedaje chleb o połowę taniej hipermarketowi niż drobnym sklepikarzom - przekonywał jeden z uczestników zebrania i zaproponował, aby publicznie napiętnować takich producentów. Trzeba po prostu wyśledzić, do których sklepów dostarczają chleb, i wyjaśnić kupcom, że płacą za to samo pieczywo znacznie więcej niż hipermarkety.

Przeważył jednak pogląd, że za całe zło odpowiedzialni są nie producenci, ale właśnie sieci handlowe.

- To one wymuszają na nas ceny dumpingowe - przekonywali zwolennicy tej opcji, jako dowód pokazując gazetki reklamowe wydawane przez hipermarkety oraz wydruki kasowe, z których jasno wynika, że bochenek chleba o wadze 65 dkg sprzedają one po 69 gr.

Wśród zgromadzonych zawiązała się nieformalna grupa kilku piekarzy, która postanowiła zaprotestować przeciwko praktykom stosowanym przez zagraniczne sieci. Kilka dni później spod jednej z piekarń ruszyła kolumna ok. 50 samochodów dostawczych w kierunku dwóch dyskontów, które - zdaniem protestujących - za tanio sprzedają chleb.

- Bardziej opłaca nam się kupić w tych sklepach pieczywo i otworzyć hurtownię niż zajmować się piekarstwem - twierdzili rzemieślnicy.

Po przybyciu na miejsce protestujący wykupili całość zbyt taniego pieczywa, łącznie... 300 bochenków. Dla porównania, średniej wielkości piekarnia sprzedaje dziennie trzy razy więcej chleba.

Strzał do własnej bramki

- Cała branża znajduje się w trudnej sytuacji i trzeba znaleźć jakieś rozwiązanie, bo w przeciwnym razie połowa zakładów upadnie, ale tego typu akcje to nic innego, jak wbijanie piłki do własnej bramki - mówi właściciel piekarni, który nie brał udziału w proteście. Jego zdaniem przekonywanie konsumentów, że płacą za mało za chleb w czasach, gdy przeciętny Kowalski dokładnie przygląda się każdej wydawanej złotówce, jest przedsięwzięciem zupełnie karkołomnym. Również wskazywanie na sieci handlowe jako źródło zła mija się z celem. To przecież nie oprotestowane hipermarkety pieką chleb sprzedawany później w cenie poniżej złotego, lecz kupują go u krakowskich piekarzy, którym taki układ najwyraźniej się opłaca, bo w innym przypadku nie zgodziliby się na dyktat odbiorców. To, że duże sieci są bardzo trudnymi kontrahentami, szczególnie, gdy negocjują z małymi dostawcami, wiadomo nie od dzisiaj, ale oskarżanie tylko kilku z nich o dumping jest zabiegiem chybionym, gdyż podobne praktyki nagminnie stosują polskie sklepy.

- Od czterech lat nie podnoszę cen chleba, ale widzę, że rośnie ona na sklepowej półce. Ja dostaję cały czas swoje 1,29 zł za bochenek, ale kupiec po prostu powiększa swoją marżę - mówi jeden z piekarzy.

Na dowód pokazuje faktury, z których wynika, że odbiorcy naliczają nawet 80-proc. marżę. Normą jest narzut w wysokości 50 proc. Piekarz sprzedaje odbiorcy bochenek za 1,59 zł, a ten wystawia go na półkę z ceną 2,20 zł.

- Hipermarkety rzeczywiście psują rynek, bo inne sklepy starają się dostosować do cen obowiązujących w dużych sieciach, ale w gruncie rzeczy największą szkodę całej branży wyrządza kilka zakładów, które od dawna prowadzą wojnę cenową z konkurentami - mówi jeden z naszych rozmówców. O tym, że w mieście działa kilka firm sprzedających znacznie taniej pieczywo niż pozostali producenci wiedzą wszyscy, ale nikt nie mówi tego głośno. Piekarze nie boją się wypowiedzieć wojny hipermarketom, ale obawiają się wymienić z nazwy niewygodnych konkurentów. Nawet kiedy spotykają się we własnym środowisku, jak w czasie wspomnianego zebrania w cechu.

- Nikt nie chce z nimi zadzierać, bo też nikt nie ma dowodów na to, że tych kilka zakładów sprzedaje chleb poniżej kosztów produkcji - opowiada jeden z uczestników styczniowego spotkania.

Mnożą się za to domysły i posądzenia pod ich adresem. Według jednych niektóre piekarnie to wyłącznie przykrywka do robienia szemranych interesów.

- To jest wymarzona pralnia. Taki zakład jak mój, czyli średniej wielkości, jest w stanie wyczyścić 200 tys. zł lewej kasy. Nikt mi nie udowodni, że z mąki, którą kupiłem, nie wypiekłem tyle chleba, aby osiągnąć deklarowany obrót. Gdyby ktoś próbował to zrobić, mogę przedstawić rachunki kasowe, że pieczywo sprzedałem po 5 zł za bochenek - przekonuje jeden z piekarzy.

Według innej teorii właściciele tanich piekarni w rzeczywistości prowadzą zupełnie inne, dochodowe biznesy. Czerpane z tych źródeł zyski są na tyle wysokie, że mogą sobie pozwolić na walkę cenową z innymi piekarzami. Liczą bowiem na to, że konkurencja długo nie wytrzyma ostrej wojny, wkrótce się wykruszy i oni zajmą ich miejsce.

- Zarzuty, że stosuję ceny dumpingowe, są całkowicie bezzasadne. Mam zapasy mąki kupionej jeszcze jesienią i dlatego mogę nadal sprzedawać tanio chleb. Obniżam ceny kosztem swojej marży. Na rynku piekarskim panuje bardzo ostra konkurencja, bo w Krakowie jest za dużo piekarni. Każdy zabiega o to, by znaleźć odbiorców na swoje produkty - mówi właściciel jednego z zakładów.

Tymczasem konkurenci chcą, by interesami niektórych zakładów zajęły się urzędy skarbowe. Szukają również podstaw prawnych do zaskarżenia w sądach gospodarczych zarówno sprzedawców, jak i producentów, którzy stosują dumping. 17 lutego do Krakowa zjadą z całej Polski piekarze, by zastanowić się, w jaki sposób oczyścić środowisko z nieuczciwych producentów. Problem z zaniżaniem cen dotyczy bowiem całego kraju. Rzemieślnicy z Poznania i Opola zapowiadają, że wzorem kolegów z Krakowa przeprowadzą akcje protestacyjne przed hipermarketami. Niezależnie od wyników wewnątrz branżowych spotkań i protestów piekarze chcą w najbliższym czasie podnieść ceny pieczywa. Chleb oraz bułki mają podrożeć na początku lutego, kiedy skończą się ferie.

Piekarnictwo jest branżą o strategicznym znaczeniu dla państwa. Zaopatrzenie w chleb, w razie kataklizmów lub wojny, ma priorytetowe znaczenie dla bezpieczeństwa żywnościowego ludności. Z tego względu piekarnie podlegają stałemu nadzorowi wydziałów odpowiedzialnych za zapobieganie sytuacjom kryzysowym. Co roku każdy piekarz informuje urząd, ile produkuje chleba, jakie są moce produkcyjne jego zakładu i o ile może zwiększyć produkcję z dnia na dzień.

W Krakowie dzienne zapotrzebowanie na chleb szacuje się na ok. 1,5 mln bochenków (do osób stale mieszkających w mieście trzeba doliczyć studentów, pacjentów szpitali, żołnierzy). Zaopatrzeniem miasta w pieczywo zajmuje się ok. 170 piekarni. Większość z nich to zakłady małe i średniej wielkości, dziennie wypiekające 1-2 tys. chleba. Każdy z nich dostarcza chleb do kilku, kilkunastu sklepów.

 

 

 

źródło Rzeczpospolita 28.01.2004

Plan Hausnera Negatywna reakcja rynków finansowych na zmiany w programie ograniczenia wydatków

Mniejsze oszczędności zatwierdzone

Z ostatecznej wersji planu racjonalizacji wydatków wynika, że wicepremier Hausner, aby ratować finanse publiczne, zdecydował się sięgnąć również do kieszeni przedsiębiorców.

- Rada Ministrów przyjęła we wtorek plan racjonalizacji wydatków społecznych - poinformował premier Leszek Miller na konferencji prasowej po posiedzeniu rządu. Wicepremier Jerzy Hausner uważa, że oszczędności z realizacji planu mogą znacznie przekroczyć 30 mld zł. Zapowiedź większych o nieco ponad 1 mld zł wydatków społecznych spotkała się wczoraj z negatywną reakcją inwestorów finansowych.

Premier zwrócił się do wszystkich ugrupowań parlamentarnych o poparcie planu ograniczenia wydatków.

- Przedstawiciele koalicji rządowej popierają ten plan. Nie wiemy jeszcze, czy inni także go poprą. Zwracam się zatem do senatorów i posłów wszystkich grup politycznych, by w poczuciu odpowiedzialności za losy obywateli, za losy Polski, poparli plan naprawy finansów publicznych - stwierdził Miller.

Jeśli rząd nie potrafiłby przeforsować planu w Sejmie to - jak powiedział szef rządu - "nie pozostaje nic innego, jak wybory parlamentarne".

O poparcie programu Hausnera w Sejmie przez partie opozycyjne może być jednak coraz trudniej.

Wczoraj Zyta Gilowska, jedna z liderów Platformy Obywatelskiej, w Radiu Zet powtórzyła, że jej ugrupowanie będzie popierało "wszelkie propozycje, których celem jest ratowanie państwa polskiego przed kryzysem finansowym".

- Nie wiem jednak, jakie propozycje przedłoży rząd pod hasłem wprowadzania oszczędności. Nie wiem, co one będą warte, zarówno w znaczeniu merytorycznym, jak i legislacyjnym. Nie będziemy jednak popierali czegoś, co jest naprawdę gruszkami na wierzbie, co będzie dotyczyło stanu za sześć, siedem, osiem lat. Nas interesują oszczędności natychmiast - powiedziała Gilowska.

Z ugrupowań spoza koalicji rządowej tylko Federacyjny Klub Parlamentarny Romana Jagielińskiego popiera program. Pozostałe są mu przeciwne.

1 mld zł mniej

Jak wynika z dokumentu zatwierdzonego przez rząd, oszczędności w wydatkach społecznych w latach 2004 - 2007 wyniosą prawie 30 mld zł, czyli nieco ponad 1 mld zł, niż zakładano w pierwotnej wersji planu.

W 2004 r. oszczędności mają wynieść 834,1 mln zł, a nie jak zapisano w programie 2,1 mld zł. - W tym roku mniej oszczędzimy, niż przewidywaliśmy. Jest to efekt utrzymania w bieżącym roku waloryzacji emerytur i rent według starych zasad - wyjaśniał wczoraj Hausner.

Znaczna część oszczędności - jak czytamy w dokumencie - w 2004 roku (808 mln zł) ma zostać osiągnięta przez modyfikacje w systemie wsparcia zatrudnienia osób niepełnosprawnych.

Janusz Jankowiak, główny ekonomista BRE Banku, uważa jednak, że z tego tytułu nie da się tak znacznie ograniczyć wydatków publicznych, bo jest to związane z nowelizacją prawa podatkowego, której nie można robić w ciągu roku.

W sumie w latach 2004 i 2005 wydatki społeczne mają zostać ograniczone o prawie 7 mld zł, podczas gdy w pierwotnej wersji planu miało to być 9 mld zł.

Znaczącą redukcję wydatków publicznych zdecydowano się osiągnąć w 2006 roku, czyli w okresie, gdy najprawdopodobniej nad realizacją reformy finansów publicznych będzie czuwał inny rząd.

- To nie jest odsuwanie planu w przyszłość. My chcemy doprowadzić do uchwalenia ustaw, które mają przynieść oszczędności w przyszłości. Bierzemy na siebie polityczne koszty takiego działania - powiedział wczoraj Hausner.

Więcej w administracji

Mniejsze oszczędności na transferach społecznych mają zostać zrekompensowane większą redukcją wydatków na administrację. Zgodnie z przyjętą wczoraj informacją, w tym roku wydatki w administracji mają zostać ograniczone o 150 mln zł. Ma to zostać osiągnięte m.in. przez zmniejszenie stanowisk kierowniczych w administracji centralnej, ograniczenie etatów w gabinetach politycznych oraz redukcję wydatków na telefony komórkowe i wykorzystanie samochodów osobowych.

Jak powiedział wicepremier Jerzy Hausner, od 2005 roku wydatki w administracji będą mniejsze o prawie 6 mld zł rocznie.

Co jest w planie

W ostatecznej wersji planu rząd zaproponował m.in. wyrównanie wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn. Stopniowe zrównywanie wieku rozpocznie się od 2014 r. Co roku wiek emerytalny kobiet będzie wydłużany o pół roku, tak by w 2023 r. kobiety i mężczyźni mogli przechodzić na emeryturę w wieku 65 lat.

Rząd myśli też o wprowadzeniu elastycznego wieku emerytalnego, a to oznacza, że będzie można przejść na emeryturę już od 62. roku życia (65-latkowie i osoby starsze będą mogły dorabiać bez ograniczeń, ci, którzy zdecydują się przejść na pełną emeryturę przed 65. rokiem życia, nie będą mogli pracować, ale jeśli będą pobierali tylko częściową emeryturę, będzie możliwość dorobienia).

Zmiany te miałyby wejść w życie w styczniu 2005 r.

Aby pracownikom łatwiej było podjąć decyzję o tym, kiedy wybrać się na emeryturę, rząd chce, aby osoby starsze otrzymywały informację z ZUS o wysokości emerytury (symulację świadczenia). Projekty zmian w tej sprawie Rada Ministrów przygotuje do końca 2004 r.

Projekt ustawy w sprawie zniesienia świadczeń przedemerytalnych ma być gotowy w pierwszym kwartale 2005 r. W dalszej kolejności (najpóźniej do marca 2005 r.) rząd zaproponuje, aby osoby, które dziś pobierają świadczenia i zasiłki przedemerytalne, a zdecydują się je zawiesić i podjąć pracę, mogły otrzymać od państwa specjalne dodatki.

Od przyszłego roku zmienią się zasady waloryzacji rent i emerytur (będzie ona dokonywana nie co roku, ale dopiero wtedy, gdy skumulowany wskaźnik inflacji od ostatniej podwyżki przekroczy 5 proc.).

Przewidziano także, że w latach 2005 - 2006 przeprowadzona zostanie weryfikacja stałych rent inwalidzkich (dotyczyć będzie ona kobiet, które nie skończyły 50 lat, i mężczyzn poniżej 55 lat, jeśli renty pobierają krócej niż 10 lat).

Wcześniej jednak rząd zmieni zasady dotyczące rent, tak aby powszechnie przyznawano je na czas określony, a tylko w wyjątkowych wypadkach na stałe. Nowe prawo miałoby wejść w życie do końca 2004 r.

Będą także zmiany w KRUS (m.in. zostanie zróżnicowana składka płacona przez rolników; w KRUS nie będą mogły się ubezpieczać osoby, które nie są rolnikami). Nowe zasady miałyby wejść w życie od początku 2005 r. Do końca lipca rząd przygotuje projekt zmian. Dzięki temu o około 1,8 mld zł rocznie miałyby wzrosnąć wpływy z rolniczych składek i tym samym zmalałoby dofinansowanie KRUS z budżetu państwa, który co roku dokłada około 15 miliardów zł.

W pierwszym półroczu tego roku do Sejmu ma trafić 10 projektów ustaw, które pozwolą na ograniczenie wydatków socjalnych.

Przedsiębiorcy się dorzucą

Z ostatecznej wersji planu racjonalizacji wydatków wynika, że wicepremier Hausner, aby ratować finanse publiczne, zdecydował się sięgnąć również do kieszeni przedsiębiorców.

Jednym z proponowanych działań, które ma przynieść zwiększenie dochodów Funduszu Ubezpieczeń Społecznych, jest bowiem podniesienie podstawy, od której płacone są składki na ubezpieczenie społeczne "dla niektórych osób prowadzących działalność gospodarczą uzyskujących wysokie dochody". Nie podano jednak żadnych szczegółów. Nie ujawnił ich wczoraj również wicepremier Hausner. Takie rozwiązanie miałoby wejść w życie 1 stycznia przyszłego roku. Budżet zyskałby na tym 600 mln zł.

Złe informacje

W reakcji na mniejsze oszczędności w wydatkach społecznych złoty osłabił się wczoraj zarówno względem euro, jak i dolara. W ciągu dnia złoty względem dolara osłabił się o 3 grosze, a euro - osiem groszy.

Wzrosła również rentowność obligacji. - Rynek źle odebrał te informacje, gdyż najbardziej znaczące oszczędności mają być osiągnięte dopiero w 2006 roku. Tymczasem już w przyszłym roku bardzo prawdopodobne jest przekroczenie długu publicznego na poziomie 60 proc. PKB - powiedział wczoraj "Rz" Jacek Wiśniewski, kierownik zespołu analiz i prognoz rynkowych.

- Przesunięcie cięć w transferach społecznych na lata 2006 - 2007 jednoznacznie świadczy o tym, że nie ma skłonności do tych cięć. Nie ma się więc co dziwić negatywnym reakcjom rynków - mówi Janusz Jankowiak.

Także cytowany przez PAP Leszek Balcerowicz, prezes Narodowego Banku Polskiego, powiedział, że przyjęcie planu oszczędnościowego rządu nie gwarantuje, że dług publiczny nie przekroczy poziomu 60 proc. PKB.

- Zdaniem ekspertów NBP, nawet gdyby ten plan został przyjęty w stu procentach, jest duże niebezpieczeństwo, że złamana zostanie konstytucja, to znaczy, że dług publiczny w stosunku do PKB przekroczy 60 proc. - powiedział we wtorek Balcerowicz.

- Nie ma żadnej gwarancji, że uda się tego uniknąć. Ale nie oznacza to, że nie należy wykonywać działań, które mają temu zapobiec - powiedział Hausner na konferencji. Powtórzył jeszcze raz, że jego celem jest, by dług publiczny na koniec 2004 r. nie przekroczył 55 proc. PKB. - Uważam, że to bardzo trudne, ale możliwe i tak będziemy działać - powiedział Hausner.

Paweł Blajer, k.s.

 

Przedsiębiorczość Firmy nie będą zaskakiwane

Kontrola w obecności zainteresowanego

Jak nieoficjalnie dowiedziała się "Rz", w przepisach ustawy o swobodzie działalności gospodarczej, która zakłada bardzo wiele ułatwień dla firm, znajdzie się zapis, że organy kontroli skarbowej nie będą mogły kontrolować przedsiębiorcy w przypadku jego nieobecności. Przeciw przyjęciu takiego rozwiązania ostro protestowało Ministerstwo Finansów.

Przypomnijmy, że resort gospodarki zaproponował, aby w przepisach wykonawczych do ustawy o swobodzie działalności gospodarczej znalazł się zapis wykreślający z ordynacji podatkowej dwa artykuły, na podstawie których organy skarbowe miały prawo "wszczęcia kontroli podatkowej w przypadku nieobecności kontrolowanego lub osoby upoważnionej do jego reprezentowania".

Miały więc prawo kontrolować firmę, kiedy chcą. - Jest to bardzo niekorzystny przepis dla przedsiębiorców, którzy mają prawo uczestniczyć w kontroli - powiedziała "Rz" Małgorzata Okońska-Zaremba, wiceminister gospodarki.

Propozycje wykreślenia tego przepisu zostały jednak - jak wynika z naszych informacji - bardzo ostro skrytykowane na ostatnim posiedzeniu rządu przez przedstawicieli Ministerstwa Finansów. Tłumaczyli oni, że taka zmiana "sprzyjać będzie rozwojowi szarej strefy i uniemożliwi zwalczanie przestępczości zorganizowanej". Z powodu rozbieżności w stanowiskach resortu gospodarki i finansów rząd odroczył do tego tygodnia przyjęcie przepisów wykonawczych do ustawy.

Oba ministerstwa miały się porozumieć, jakie zmiany zapisać w ustawie. Jak udało nam się dowiedzieć, takie porozumienie zostało zawarte. Zgodnie z nim przedsiębiorca nie będzie mógł być kontrolowany pod swoją nieobecność. Z ordynacji podatkowej zostaną wykreślone odpowiednie przepisy.

Ale jeśli organ skarbowy pierwszy raz nie zastanie przedsiębiorcy lub upoważnionej osoby w siedzibie firmy, to będzie mógł powiadomić go o zamiarze kontroli i po upływie trzech dni jeszcze raz przybyć do niego na kontrolę. Jeżeli okażę się, że przedsiębiorca nadal będzie nieobecny, to będzie miał prawo rozpocząć kontrolę.

W ordynacji podatkowej ma zostać dokładnie określony tryb dokonywania i kończenia kontroli w takiej sytuacji oraz zawiadamiania o kontroli. - Taki rozwiązanie będzie dotyczyło więc tylko sytuacji, gdy przedsiębiorca świadomie uchyla się od kontroli - tłumaczy Okońska-Zaremba.

Zgodnie z projektem ustawy o swobodzie działalności gospodarczej w przypadku małych i średnich firm, kontrola może trwać co najwyżej 4 tygodnie, a dużych 8 tygodni.

Rada Ministrów zatwierdziła wczoraj ostateczny projekt przepisów wykonawczych do ustawy. Zostaną one wysłane do Sejmu na początku lutego.

Paweł Blajer

 

 

Źródło Gazeta Prawna 28.01.2004

RZĄD Miliard oszczędności mniej

Plan Hausnera przyjęty

 

Na wczorajszym posiedzeniu rząd przyjął ostateczny kształt planu racjonalizacji wydatków społecznych. Oszczędności wyniosą około 1 mld zł mniej niż zakładano pierwotnie.

 

To ostatni etap akceptacji przez rząd programu wicepremiera Jerzego Hausnera. Teraz konkretne ustawy mają trafić do parlamentu. Przyjęty dokument określa, kiedy poszczególne rozwiązania mają wejść w życie i jakie spowodują skutki finansowe. Jak poinformował rzecznik rządu, w wyniku modyfikacji planu w trakcie debaty publicznej oszczędności wyniosą około 1 mld zł mniej niż wcześniej założono. Ta różnica ma zostać zbilansowana poprzez dalsze cięcia w administracji publicznej.

Przyjęty program składa się z 3 części. Pierwsza dotyczy gospodarki (głównie restrukturyzacja PKP, górnictwa i służby zdrowia), druga obejmuje działania w zakresie administracji, a także wydatków i wpływów państwowej kasy. Te dwa obszary (jak planowano pierwotnie) miały do końca 2007 r. przynieść oszczędności rzędu 20 mld zł. Trzecim obszarem działań jest reforma wydatków socjalnych państwa – głównie zmiany w pracowniczym i rolnym systemie ubezpieczeń oraz systemie pomocy osobom niepełnosprawnym. Oszczędności szacowane w tym obszarze miały przynieść w 2007 r. 12 mld zł (suma za lata 2004-2007 to około 30 mld zł). Jak wynika z ostatecznej wersji programu całkowite oszczędności wyniosą o około 1 mld zł mniej –w większym zakresie mają pochodzić ze zmian w administracji publicznej niż z cięć w wydatkach socjalnych.

 Bartosz Marczuk

 

...
Zgłoś jeśli naruszono regulamin