Quinn Julia - Rodzina Bridgerton 07 - Magia pocałunku.pdf

(1261 KB) Pobierz
JULIA QUINN
Magia pocałunku
Prolog
Rok 1815. Dziesięć lat wcześniej, zanim opowieść rozpocznie się
na dobre...
Istniały cztery podstawowe zasady określające kontakty Garetha
St. Claira z ojcem. Gareth, pragnąc zachować dobry humor i zdrowy
rozsądek, ściśle ich przestrzegał. Po pierwsze: nie wdawać się w
konwersację, jeśli nie jest to absolutnie konieczne. Po drugie: jeśli
jednak zajdzie taka konieczność, rozmawiać jak najkrócej.
Po trzecie: z wyjątkiem najbardziej zdawkowych powitań czy
pożegnań, rozmawiać zawsze przy świadkach. I wreszcie po czwarte:
by jak najlepiej wypełniać powyższe zasady, zadbać o jak największą
liczbę zaproszeń i spędzać każdą wolną chwilę w towarzystwie
szkolnych kolegów. Innymi słowy, nie w domu rodzinnym.
Wyrażając się jeszcze ściślej: z dala od ojca. Ogólnie rzecz biorąc,
myślał Gareth - o ile miał czas i ochotę zastanawiać się nad tym, a
ostatnio rzadko mu się zdarzały takie chwile, doprowadził bowiem do
perfekcji taktykę unikania ojca – stosowanie się do tych zasad
wychodzi na dobre.
Było także korzystne dla ojca, ponieważ Richardowi St. Clairowi
równie mało przyjemności sprawiało towarzystwo młodszego syna,
jak synowi kontakty z nim. I właśnie dlatego Gareth zdumiał się tak
bardzo, gdy nieoczekiwanie wezwano go ze szkoły do domu. A w
dodatku pilnie. Wiadomość od ojca nie pozostawiała żadnych
wątpliwości: Gareth miał się niezwłocznie stawić w Clair Hall.
Diablo irytujące! Do ukończenia Eton pozostały mu zaledwie dwa
miesiące. Życie szkolne, pełne i satysfakcjonujące, stanowiło
upajającą mieszaninę zajęć akademickich i sportowych, okraszoną od
czasu do czasu wypadami wieczorową porą do pobliskiej oberży; nie
stronił wówczas od trunków ani od damskiego towarzystwa.
Prowadził więc życie, o jakim mógłby marzyć każdy
osiemnastoletni młodzieniec. Gareth miał nadzieję, że - jak długo
będzie schodził ojcu z oczu - następne lata okażą się równie
szczęśliwe. W jesieni, w gronie najbliższych przyjaciół, zamierzał
rozpocząć studia w Cambridge i pragnął szczerze oddawać się tam z
równym zapałem studiom i życiu towarzyskiemu.
Teraz, stojąc w przedsionku Clair Hall, westchnął głęboko; był
zdenerwowany. Czegóż, u licha, życzył sobie baron - tak najczęściej
określał w myśli ojca. Przecież już dawno temu powiedział wprost, że
umywa ręce, jeśli chodzi o młodszego syna! I że ponosi koszty jego
wykształcenia tylko dlatego, że jest to ogólnie przyjęty obowiązek
rodzicielski. To znaczyło, oczywiście, że sąsiedzi i znajomi
spoglądaliby na St. Claira krzywym okiem, gdyby nie posyłał Garetha
do „właściwych" szkół.
Kiedy ścieżki barona i młodszego syna krzyżowały się od czasu
do czasu, lord St. Clair skarżył się zazwyczaj, jakim rozczarowaniem
jest dla niego ten chłopak. A to mobilizowało Garetha do robienia
ojcu na przekór. Jeśli już ma taką fatalną opinię, nie może przecież
zawieść jak najgorszych oczekiwań!
Teraz postukiwał niecierpliwie nogą, czekając aż majordomus
powiadomi ojca o jego przybyciu. W domu rodzinnym czuł się jak
niepożądany gość. Przez ostatnie dziewięć lat nieczęsto tu zaglądał.
Clair Hall było dla Garetha jedynie kupą kamieni; własnością ojca,
która z czasem przejdzie w posiadanie pierworodnego syna, George'a.
Żadna rzecz z tego domu, ani nic z majątku St. Clairów, nie miało
nigdy należeć do Garetha. Dobrze wiedział, że musi samodzielnie
torować sobie drogę w świecie. Prawdopodobnie po ukończeniu
Cambridge wstąpi do armii. W jego sytuacji oprócz kariery wojskowej
miał otwartą drogę jedynie do stanu duchownego... a od takiej
przyszłości, Boże broń!
Zachował niewiele wspomnień o matce, która zginęła w wypadku,
gdy miał pięć lat. Pamiętał jednak, jak pieszczotliwie mierzwiła mu
włosy i jak bawiło ją to, że dla młodszego synka wszystko było okazją
do żartów.
- Mój mały diabełku - mówiła do niego, dodając szeptem: - Nie
trać tej cechy. Cokolwiek by się stało, nie zmieniaj się pod tym
względem!
Gareth nie zmienił się istotnie. Toteż bardzo wątpił, by
duchowieństwo anglikańskie życzyło sobie kogoś takiego jak on w
swoim szacownym gronie.
- Paniczu Gareth!
Podniósł wzrok, słysząc głos majordoma. Jak zwykle, wypowiedź
Guilfoyle'a była stwierdzeniem faktu. Żadnych wątpliwości, żadnych
pytań.
- Jego lordowska mość przyjmie teraz panicza - oznajmił z
namaszczeniem. - Czeka w swoim gabinecie.
Gareth skinął głową i skierował się w stronę gabinetu barona. To
pomieszczenie było mu szczególnie niemiłe. Tu właśnie zawsze
wysłuchiwał kazań ojca, który mówił wprost, że nigdy nic z niego,
Garetha, nie będzie. I tu stwierdził lodowatym tonem, iż byłoby lepiej,
gdyby młodszy syn w ogóle się nie narodził. Naraża tylko rodzinę na
niepotrzebne wydatki i plami jej honor. Zapukał do drzwi.
- Wejść!
Pchnął ciężkie dębowe drzwi i wszedł do środka. Ojciec siedział
za biurkiem i coś pisał. Świetnie się trzyma, pomyślał mimo woli
Gareth. Baron zawsze dobrze się prezentował. Może łatwiej byłoby
się z nim dogadać, gdyby z czasem przekształcił się we własną
karykaturę...
Ale lord St. Clair w wieku pięćdziesięciu kilku lat pozostał
krzepki i sprawiał wrażenie młodszego o dwadzieścia lat. Wyglądał na
kogoś, kto w sercu osiemnastoletniego chłopaka powinien budzić
miłość i szacunek. I właśnie dlatego ból odrzucenia Gareth odczuwał
jeszcze bardziej dotkliwie.
Czekał cierpliwie, aż ojciec podniesie wzrok. Gdy tego nie
uczynił, on kaszlnął cicho.
Żadnej reakcji.
Zakasłał głośniej.
Nic.
Zgłoś jeśli naruszono regulamin