ERAZM Z ROTTERDAMU.docx

(18 KB) Pobierz

ERAZM Z ROTTERDAMU

Urodził się w 1468 roku, a zmarł 12 lipca w 1536 roku. W roku 1516 wydał on pierwsze greckie krytyczne wydanie Nowego Testamentu o zasadniczym znaczeniu w późniejszej reformacji. Erazm z Rotterdamu namawiał, aby Pismo Święte było czytane przez osoby świeckie w języku narodowym. Sławę i sukces odniosło greckie wydanie Biblii przez Erazma. Był on również głównym przedstawicielem niemieckiego humanizmu.

Erazm w roku 1524 wydał swoje słynne pismo "O wolnej woli", skrytykował jednak je Luter w ripoście pisząc "O niewoli woli". W 1513 roku ukazało się ostre pismo polemiczne ?Julius exclusus ? Juliusz wypędzony?. Dzieło to nie ma autora lecz wielu przypisuje go właśnie Erazmowi.

Trzecia Droga? porozumiewania i tolerancji nie miała wtedy żadnych szans. Niezmordowanie Erazm nawoływał do pokoju między Kościołem rzymskim a reformacją, opowiadając się za reformami.

Erazm z Rotterdamu wołał ?Jak mogą iść w parze pastorał i miecz, tiara i hełm, Ewangelia i tarcza? Jak można głosić kazania o Chrystusie i nawoływać do wojny, jednocześnie wzywać Boga i diabła??

Erazm z Rotterdamu zmarł 12 lipca 1536 w Bazylei.

Erazm z Rotterdamu "Pochwała głupoty"

Mówi Głupota:
Pytam ja, czy może kochać kogoś ten, kto sam siebie nie cierpi? Czy może żyć w zgodzie z innymi, kto sam ze sobą jest niezgodny? Czy może być komuś miły, kto sam dla siebie jest przykry i uciążliwy? Myślą, że tak nie będzie twierdził nikt, chyba że od samej Głupoty byłby głupszy. A przecież jeśli mnie usuniesz, to nikt nie potrafi znieść innych, skoro sam sobie cuchnie, skoro mu plugawe wszystko, co własne, skoro sam dla siebie jest nienawistny. Albowiem natura, w wielu rzeczach macocha raczej niż matka, taką nieszczęsną właściwość zaszczepiła w ludzkich duszach — i to zwłaszcza w mądrzejszych — że każdy człowiek z siebie jest niezadowolony, a podziwia innych. Skutkiem tego to więdną i giną wszystkie dary, cała uroda i wytworność życia. Bo i cóż po piękności ciała, tego szczególnego daru bogów nieśmiertelnych, jeśli ją skazi obrzydzenie do samego siebie? Co po młodości, jeśli ją przeżera kwas starczego smutku? I czegóż to ostatecznie w całym życiu czy to sam dla siebie, czy dla innych pięknie dokonasz (bo nie tylko w sztuce, ale i we wszelkim działaniu w tym jest rzecz cała, aby to, co czynisz, było piękne), jeśli nie będzie z tobą moja siebierada Filautia? Ona, którą ja słusznie za siostrzyczkę moją uważam rodzoną — tak dzielnie ona zawsze za mną staje. Czy jest zaś coś równie głupiego, jak samemu sobie się podobać, samego siebie podziwiać? A z drugiej strony, co z tego, co byś mógł czynić, będzie wdzięczne, będzie miłe, będzie piękne, jeśli sam się sobie nie podobasz? Usuń tę przyprawę z życia, a w tej chwili ochłonie z zapału swego mówca, nie zachwyci już nikogo swymi nutkarni muzyk, wygwizdany zostanie razem ze swą grą aktor, wyśmiany wraz ze swymi muzami poeta, smarowozem wyda się malarz, skapieje z głodu lekarz wśród swych leków. I w końcu nie Nireosa zobaczą w tobie ludzie, ale Tersytesa, nie Faona4, ale Nestora, nie Minerwę, ale głupiego wieprza, nie chłopca mownego, ale niemowlę, nie dworaka, ale parobka. Tak bardzo to jest konieczne, aby każdy także sobie samemu się podobał i sam się sobie jakimiś pochlebstwami polecał, nim jeszcze innym mógłby się polecić. Skoro wreszcie największym szczęściem jest chcieć być tym, czym jesteś, to do tego właśnie całkowicie moja sobierada Filautia doprowadza z taką korzyścią, że nikt nie krzywi się na swój wygląd, nikt na swe zdolności, nikt na pochodzenie, nikt na swe nazwisko, nikt na swe obyczaje, nikt na swą ojczyznę — że ani Irlandczyk nie pragnie się zamieniać z Włochem, ani Trak z Ateńczykiem, ani Scyta z mieszkańcami Wysp Szczęśliwych. Jakaż to jedyna w swym rodzaju troskliwość natury, że przy tak niezmiernej różnorodności wszystkiego wszystko pod tym względem wyrównała! Gdzie swych darów nieco poskąpi, tam zwyczajnie o tyle więcej dodaje Filautii — chociaż to, tom głupio powiedziała, skoro Filautia sama jest darem największym, żeby już nie powiedzieć: żaden świetny czyn nie powstaje inaczej jak tylko za moją sprawą, żadnej znakomitej sztuki nie wynaleziono, jeślim ja tego nie spowodowała!
Czy to nie wojna jest posiewem i źródłem wszystkich wychwalanych czynów? A czy jest co głupszego niż dla nie wiadomo jakich przyczyn rozpoczynać taką walkę, z której obie strony zawsze więcej mają straty niż zysku? Bo o tych, co giną, o tych się — jak o Megarejczykach — milczy. A kiedy już stanęły po obu stronach jeżące się żelazem zastępy i chrapliwym dźwiękiem zagrały rogi, to, pytam, jakiż wtedy pożytek z owych mędrców, którzy wyczerpani nauką, przy swojej chłodnej, rozcieńczonej krwi ledwie dech mogą złapać? Wtedy trzeba tęgich i mocnych chłopów, którzy by mieli jak najwięcej odwagi, a jak najmniej rozumu! Chyba że ktoś by wolał mieć żołnierzem Demostenesa, który idąc za radą Archilocha6, ledwo ujrzał nieprzyjaciela, a już tarczą rzuciwszy uciekł tak kiepskim będąc żołnierzem, jak mądrym był mówcą. Ależ rozum — powiadają — jest rzeczą bardzo ważną! Przyznaję, że jeśli idzie o wodza, to tak, ale to jakiś rozum specjalnie wojskowy, a nie filozoficzny, bo przecie tak wspaniałych czynów dokonuje się z darmozjadami, rufianami, złodziejami, zbójami, wiejskimi parobami, tępakami, zadłużonymi frantami i tym podobnymi mętami ludzkimi, a nie z kiwającymi się przy świeczce nad książką filozofami.
Jak tacy na nic zgoła w życiu się nie zdadzą, na to dowodem może być Sokrates, którego — jego tylko jednego — wyrocznia Apollina, sama nie bardzo mądrze rcbiąc, za mądrego uznała, a który, skoro tylko wdawał się w jakieś sprawy publiczne, wśród powszechnego śmiechu musiał się precz zabierać. Jakkolwiek niezupełnie był głupi ten człowiek, skoro nie przyjmował nazwy mędrca, Bogu tylko ją przyznając, i skoro uważał, że mędrzec nie powinien brać udziału w życiu publicznym, to jednak powinien by był raczej przestrzegać, by nie zadawał się 7, mądrością ten, kto chce, by go do plemienia ludzkiego zaliczano. Cóż wreszcie jeśli nie mądrość doprowadziła go do tego, że po skazaniu musiał wypić cykutę? (...)
To ta właśnie głupota rodzi państwa, na niej polegają rządy nimi, urzędy, religie, sejmy, sądy i w ogóle całe życie ludzkie nie jest niczym innym jak jakąś igraszką głupoty. Aby wspomnieć i o umiejętnościach: cóż ostatecznie zachęciło ludzi do tworzenia i przekazywania potomnym tylu znakomitych — za jakie oni je uważają — nauk, cóż jeśli nie pragnienie sławy? Okrutni ci głupcy uważali doprawdy, że tak nieskończonymi czuwaniami, takim potem warto okupywać jakiś tam rozgłos, nad który nie może być nic marniejszego!
Ale tymczasem mnie, Głupocie, wy zawdzięczacie tyle znakomitych korzyści w życiu i, co już w tym najprzyjemniejsze, zysk ciągniecie z cudzego szaleństwa. A jakżeby było, gdybym przypisawszy sobie już tak chwałą męstwa i pilności, przypisała sobie także chwałę roztropności? Ależ — powie mi ktoś — to ty chcesz na taki sposób wodę łączyć z ogniem? Myślę jednak, że i to mi się uda, jeśli tylko pilnie mnie będziecie słuchali, jakeście to i dotąd robili.
Przede wszystkim więc, jeżeli roztropność polega na doświadczeniu, to komuż to przysługuje zaszczyt jej tytułu, czy mądremu, który bądź to z poczucia wstydu, bądź to z nieśmiałości do niczego się nie bierze, czy głupiemu, którego od niczego nie odstrasza ani wstyd, bo go nie ma, ani niebezpieczeństwo, którego się nie domyśla? Mądry szuka ucieczki w starych księgach, z których uczy się czystych subtelności słownych. Głupi, pchając się wręcz do niebezpiecznych spraw, prawdziwej chyba uczy się roztropności. Widział to, zdaje się i Homer, choć był ślepy, skoro powiada: „Gdy się rzecz stanie, zobaczy ją i głupi". Bo dwie są główne rzeczy, które przeszkadzają w nabywaniu doświadczenia: nieśmiałość, która jakby przyćmiewa umysł, i strach, który malując możliwe niebezpieczeństwa, odradza od brania się do czegoś. Od tych rzeczy wspaniale uwalnia głupota. (...)
Ale filozoficzne majstry ciągle nie chcą pofolgować. Przecież to osobliwie człowiekowi — powiadają — dana jest umiejętność zagłębiania się w naukach, przy których pomocy może wyrównać myślą swą to, czego mu natura poskąpiła. Jak gdyby było to choć trochę podobne do prawdy, że natura, która tak troskliwie czuwała, gdy rzecz szła o muchy, a nawet o zioła i najmniejsze kwiatki, zdrzemnęła się, gdy szło o człowieka, tak że trzeba było aż nauk, które Teut, ów wrogi rodowi ludzkiemu demon, wymyślił na jego najwięks-ze nieszczęście; tak bowiem niepożyteczne mu one do szczęścia, że nawet temu, do czego właśnie mają być wynalezione, temu szkodzą jak to trafnie u Platona ów bardzo mądry król wykazuje na wynalazku pisma. Wśliznęły się zatem nauki razem z innymi nieszczęściami rodu ludzkiego, i to za sprawą tych właśnie, od których poszły wszystkie występki, mianowicie demonów, bo nazwa ich nawet stąd poszła, że niby można by je było nazwać po grecku: da-emones, to znaczy: „wiedzące". Przecież prosty ów ludek w czasach złowedle wskazań natury i instynktów. Bo i co mu było po gramatyce, kiedy wszyscy mówili tym samym językiem, a mowa nie służyła do niczego innego, tylko żeby jeden drugiego rozumiał? Do czego potrzebna była dialektyka, jeżeli nie było żadnego ścierania sią sprzecznych zdań? Na co retoryka, jeśli nikt nikogo nie kłopotał wodzeniem po sądach? Dlaczegóz by miano odczuwać brak znajomości prawa, gdy nie było złych obyczajów — tych, z których to niewątpliwie zrodziły się dobre prawa. Zbyt byli ludzie wtedy religijni, aby z bezbożną ciekawością badać tajemnice natury, wielkość, ruchy i działanie gwiazd i ukryte przyczyny rzeczy, za coś to bowiem niegodziwego uważali, jeżeli człowiek śmiertelny usiłował wiedzieć wiącej, niż mu pozwalał jego ludzki los. A już nawet w głowie nie zaświtało im takie szaleństwo, jak dowiadywanie sią, co sią dzieje w niebie. Kiedy sią przecież zatracała niewinność złotego wieku, złe duchy wynalazły naprzód, jakem już rzekła, nauki, z początku to tam nieliczne, a i te także przez niewielu praktykowane. Ale potem zabobony Chaldejczyków i lekkomyślne próżniactwo Greków dodały do tego sto innych czystych udrąk dla łamania spbie głowy; sama taka gramatyka to ci już z czubem wystarczy, żeby zatruć raz na zawsze.
Co prawda, to i spośród tych nauk te najbardziej są cenione, które najwiącej sią zbliżają do powszechnie panujących poglądów, to znaczy do głupoty. Głodują filozofowie, marzną fizycy, pośmiewiskiem są astrologowie, pies nie patrzy na subtelnie rozumujących mistrzów dysputy. (...)
Jestże, na Boga żywego, coś szcząśliwszego od tego nasienia ludzkiego, które powszechnie nazywają głuptakami, błaznami, półgłówkami, kapuścianymi głąbami, tymi — moim zdaniem, najpiękniejszymi imioniskami? Powiem ja tu coś, co sią może na pierwszy rzut oka wierutnym wyda głupstwem, a co jednak prawdą jest najszczerszą. Naprzód nie boją sią tacy śmierci, a taki strach to, na Jowisza, nie byle jakie nieszczęście. Wolni są od tortur własnego sumienia. Nie niepokoją ich bajądy o tym, co sią dzieje z, duszami zmarłych. Nie strachają sią widm i upiorów, nie drączą lakiem przed grożącymi nieszczęściami, nie nadymają sią nadzieją przyszłych szczęśliwości. Ogólnie mówiąc: nie szarpią nimi tysiące trosk, na które to życie jest narażone. Nie wiedzą, co to wstyd, co szacunek, co ambicja, co zawiść, co umiłowanie czegoś. A jeżeli jeszcze bardziej zbliżają się. do bez-rozumu tępych bydląt, to nawet — wedle tego, co piszą teologowie — nie grzeszą, l tu chciałabym, żebyś mi rozważył, ile to najróżniejszych trosk dniami i nocami szarpie twoją duszą, mędrcze, któryś okrutnym jest głupcem, abyś zebrał na jeden stos wszystkie niedole twego życia i w ten sposób pojął wreszcie, od ilum to nieszczęść ja moich półgłówków uchroniła! A dodaj do tego, że nie tylko sami oni ustawicznie się cieszą, zabawiają, podśpiewują sobie, śmieją się, ale że także, dokądkolwiek się zwrócą, wszystkim innym przynoszą przyjemność, żarty, zabawę i śmiech, jak gdyby ich właśnie po to łaska boska tu przysyłała, aby rozweselali żałość ludzkiego żywota. (...)
No dobrze — powiadają mi — ale przecież nikt nie składa Głupocie ofiar ani nie buduje jej świątyni! Toteż ja właśnie — jakem już rzekła — trochę się takiej niewdzięczności dziwię. Ale, że to jestem taka dobroduszna, biorę to za dobrą monetę, a nawet oczekiwać tego nie mogę. Bo i co by mi tam przyszło z kadzidełek czy mąki ofiarnej albo koziołka ofiarnego czy wieprzka, skoro mi wszyscy ludzie na całym świecie cześć oddają taką, jaką nawet sami panowie teologowie zwykli uważać za najwyższą? Chyba żebym miała zazdrościć Dianie, że jej się składa ofiary z krwi ludzkiej. Ja myślę, że jeżeli ktoś mi jest całym sercem oddany — a tak wszyscy wszędzie robią — jeżeli obyczaje swe wedle mnie kształtuje, całym swym życiem moją istotę wyraża, to chyba mnie przez to czci najpobożniej. Bo nawet u chrześcijan nieczęsta jest taka cześć dla świętych. Jakaż to mnogość tych, co Matce Boskiej świeczkę palą, w południe zresztą, kiedy to całkiem zbędne! Ale jakże niewielu takich, którzy by ją chcieli naśladować czystością życia, skromnością, miłością spraw niebiańskich? Bo to dopiero byłoby czcią prawdziwą i niebianom najbardziej miłą. A potem, po cóż bym ja miała pragnąć świątyni, skoro cały ten świat jest moją, jeśli się nie mylę, najpiękniejszą świątynią. Nie brak mi przecie wiernych wtajemniczonych nigdzie tam, gdzie nie brak ludzi. Bo i nie jestem już aż taka głupia, żebym potrzebowała kamiennych i farbami popaćkanych posążków, które niekiedy są tylko zawadą dla kultu, ponieważ głupi i wygodni ludzie zamiast samym świętym, cześć oddają posągom. Dochodzi u nas w taki sposób do tego, co zwykło się przydarzać urzędnikom, którym urząd z rąk wyjmują ich właśni zastępcy. Ja uważam, że tyle mam posągów, ilu jest ludzi, którzy, choćby nawet nie chcieli, jako żywo mój obraz po świecie noszą.

(M. Łojek, Teksty filozoficzne dla szkół średnich, Warszawa 1987, s. 117-123.)

 

...
Zgłoś jeśli naruszono regulamin