Celina Budzyńska - Ignacy Tom ''Janusz'' (1902-1937).pdf

(155 KB) Pobierz
682345464 UNPDF
Celina Budzyńska
Ignacy Tom
„Janusz”
(1902 – 1937)
W materiałach i dokumentach IV Konferencji KPP z 1925 roku
zachowała się odręcznie wypełniona ankieta:
Janusz ur. 1902 r. w Szwajcarii, narodowość polska, wykształcenie
średnie, 1 rok uniwersytetu. W 1918 r. był członkiem grupy
młodzieżowej przy PPS-Lewicy, do KPRP należy od momentu
powstania, od 1922 r. jest jednocześnie członkiem ZMK. 3-krotnie
aresztowany siedział 2 lata, z pierwszej sprawy uniewinniony, drugi raz
zbiegł. Obecnie jest sekretarzem KC ZMK w P(olsce). W kraju przebywa
nielegalnie. W konferencji uczestniczy jako delegat Związku Młodzieży
Komunistycznej w Polsce ' .
' Ankieta uczestnika IV Konferencji KPP, Archiwum Zakładu Historii Partii.
Tyle suchy dokument, notatka biograficzna – a człowiek...? Jak
trudno po tylu latach odtworzyć obraz człowieka, wówczas, gdy burze
dziejowe zmiotły niemal wszystkie ślady, gdy zachowało się zaledwie
parę artykułów w nielegalnej prasie, krótkie sprawozdanie z działalności
ZMK – przez niego pisane, no i oczywiście „urzędowe” relacje w
archiwach policyjnych. Tak niewielu pozostało wśród żyjących ludzi,
którzy z nim razem pracowali, a pamięć zachowała jakieś strzępy
wspomnień, mało ważne scenki i fakty, z których – jak ze szczątków
cennej porcelany – trudno skleić całość i pokazać sylwetkę żywego
człowieka, działacza, serdecznego przyjaciela.
Był to koniec 1924 lub początek 1925 roku. Brudny, rozdeptany
śnieg leżał na ulicach Warszawy, chlupał pod nogami, przedostając się
przez dziury w butach. Pracowałam wówczas w „technice centralnej”
ZMK i bieganina z „podpunktu” na „lokal”, z redakcji do drukarni kojarzy
mi się w pamięci z wiecznie mokrymi nogami, z ciągłym pośpiechem, z
przemierzanymi w nieskończoność ulicami warszawskiego proletariatu i
żydowskiej biedoty. Wola, Powązki, Muranów, Powiśle – były to
dzielnice, gdzie najczęściej mieściły się konspiracyjne lokale „starych”,
jak w gwarze codziennej nazywaliśmy kapepowców i nasze,
młodzieżowe „meliny”. Mimo konspiracyjnych warunków spotykało się
wówczas mnóstwo ludzi, znało się wielu aktywistów i sympatyków.
Lokali konspiracyjnych , tak niezbędnych w nielegalnej pracy, było mało,
zwłaszcza na brak lokali cierpiała młodzież i – dosłownie – deptaliśmy
sobie po piętach. Często jedno i to samo mieszkanie służyło „starym”
dla celów konspiracyjnych, a w sekrecie przed „starymi” korzystała z
niego młodzież. Cóż, uczyliśmy się dopiero konspiracji...
W tym właśnie czasie,w jakimś małym mieszkanku odrapanej
kamienicy na Nowolipiu, wykorzystywanym wówczas przez Sekretariat
KC ZMK, spotkałam nowego, nieznajomego człowieka. Był to właśnie
„Janusz”, który widocznie wtedy właśnie objął funkcję sekretarza KC.
Może dlatego zapamiętałam tak dobrze to pierwsze spotkanie, że
„Janusz” zewnętrznie bardzo się odcinał od otoczenia, od pewnego typu
działacza młodzieżowego, który dominował wówczas w naszym
środowisku. Częściowo z braku środków materialnych, głównie chyba
jednak z pogardy dla „atrybutów ginącego świata”, nie przywiązywaliśmy
większej wagi do wyglądu zewnętrznego. Zwłaszcza młodzież
inteligencka uważała niemal za punkt honoru chodzenie w rozchełstanej
koszuli i w nie oczyszczonych butach.
„Janusz” nie maskował niczym swojej „inteligenckości”,
powiedziałabym nawet, że trochę ją jak gdyby podkreślał. W dobrze
leżącym ubraniu, z zawiązaną na kokardę wstążką, zamiast krawatu –
wyglądał raczej na poetę, niż na rewolucyjnego działacza. Na tle
ubogiego mieszkanka uderzyła mnie wówczas jego uroda – jasna,
pociągła twarz, kasztanowate, lekko wijące się włosy i żywe błękitne
oczy. Przemknęła nawet przez głowę myśl - „skąd się wziął tutaj ten
paniczyk”. Ale już po chwili rzeczowe pytania i krótkie instrukcje, które
od niego otrzymałam, rozwiały pierwsze wrażenie. Nie wiedziałam
wówczas jeszcze, kim jest ten „nowy”, poczułam jednak
doświadczonego praktyka, działacza.
Pracowałam później z „Januszem” dość długo, widywałam go
niemal codziennie i przestało mnie dziwić to, że w najgorszych
warunkach, po nocach spędzonych w dusznych, ciasnych izbach
„Janusz” wyglądał zawsze „jak z igły”, nawet kanty na spodniach
posłusznie wytrzymywały tarapaty nielegalnego żywota. Później dopiero
przekonałam się, że ta dbałość o wygląd zewnętrzny nie była tylko
nawykiem, wyniesionym z domu rodzinnego, ale zasadą dobrego
konspiratora, który uważał, że człowiek, żyjący w nielegalnych
warunkach powinien jak najbardziej przystosować się do otaczającego
świata i nie wyglądać na to, czym jest w istocie.
O warunkach, w których wyrósł, wiem bardzo niewiele, chociaż z
siostrą jego – Renią – uczyłam się w jednej szkole. Wiem, że pochodził
z rodziny inteligenckiej, chyba postępowej, związanej w jakimś stopniu z
ruchem rewolucyjnym, prawdopodobnie z PPS-Lewicą. Ojciec jego był
nauczycielem, „Janusz” urodził się w Zurychu, w Szwajcarii, gdzie ojciec
jego przebywał widocznie na studiach. Sądzę, że atmosfera panująca w
domu rodzinnym wpłynęła na tak wczesne związanie się młodego
chłopca z ruchem rewolucyjnym. „Janusz” mając 16 lat należał do grupy
młodzieżowej PPS-Lewicy, a już po kilku miesiącach – od chwili
zjednoczenia ruchu robotniczego – był członkiem KPRP. Od
siedemnastego roku życia „Janusz” był funkcjonariuszem partyjnym. To
znaczy – bez żadnej przenośni – obrał sobie zawód rewolucjonisty, od
wczesnej młodości i na całe życie.
Kiedy go poznałam miał 23 lata i doświadczenie prawie 7 lat
rewolucyjnej działalności.
Nie lubił mówić o sobie. O tym, na przykład, że w 1921 roku był
uczestnikiem kursu dla działaczy kulturalnych, zorganizowanego przez
Międzynarodówkę Komunistyczną – dowiedziałam się dopiero teraz,
wertując ankiety ze zjazdów KPP. Był działaczem partyjnym zanim
powstało ZMK, a kiedy zaszła potrzeba, aktywnie uczestniczył w
organizowaniu Związku Młodzieży Komunistycznej.
W 1921 r. zostaje pierwszy raz aresztowany w lokalu Uniwersytetu
Ludowego przy ul. Oboźnej 4, gdzie koncentrowało się wówczas życie
kulturalne warszawskiej lewicy, gdzie grupowała się rewolucyjna
młodzież. Po trzech tygodniach „z braku dowodów winy” zwolniono go,
śledztwo zostało umorzone.
Meldunek policji z 27.VIII.1922 r. podaje, że (…) w związku z
ujawnieniem wojskówki ZMK i składu literatury komunistycznej przy ul.
Konopackiej – został aresztowany Ignacy Tom. Faktycznie jednak areszt
nastąpił nieco wcześniej, bo 15 maja w mieszkaniu nieco starszego
towarzysza Salomona Garfinkla. Była to głośna w tych latach tzw.
sprawa Teoplitza. Pod zarzutem działalności komunistycznej w wojsku
aresztowani zostali Leon Teoplitz, Antoni Piwowarczyk, Jan Pomorski,
Julia Heflich, Ignacy Tom oraz kilku żołnierzy-szeregowców.
Sprawa była poważna, ale „Janusz” miał widocznie szczęście i
zdolności konspiratorskie. Bo znowu policja mimo wielkich starań – nie
mogła znaleźć dowodów jego antypaństwowej działalności. Wprawdzie
w akcie oskarżenia zarzuca mu się przynależność do ZMK, ale sąd z
braku dowodów uniewinnia Ignacego Toma i jeszcze czterech spośród
jedenastu oskarżonych w tym procesie.
I znowu „Janusz” znajduje się na wolności, wraca do pracy w
organizacji młodzieżowej, która po I Zjeździe, w marcu 1922 roku,
zaczyna się umacniać, organizując szereg masowych akcji.
1 maj 1923 roku dowodzi znacznego wzrostu liczebności i
wpływów ZMK. Ale wkrótce po święcie majowym zaczyna się fala
represji i aresztów, które objęły cały kraj.
Widocznie maj był dla „Janusza” pechowym miesiącem, bo
13.V.1923 roku następuje wielka wsypa. W lokalu Związku Zawodowego
Służby Domowej przy ulicy Długiej 61 w Warszawie aresztowano
wszystkich uczestników Krajowej Konferencji ZMK. Wśród 21
aresztowanych znalazł się również Ignacy Tom. Teraz już bramy
więzienia mokotowskiego zamknęły się za nim na dłużej. W aktach
więziennych zachowała się decyzja o aresztowaniu i nakaz z dnia
16.V.1923 roku osadzenia w więzieniu (…) Ignacego Toma, s. Alfreda i
Emilii, studenta prawa, oskarżonego z paragrafu 103 kodeksu karnego.
Więzienie było uniwersytetem młodych działaczy komunistycznych.
W „Mokotowie” siedziało wówczas wielu wybitnych komunistów-
praktyków i teoretyków, jak np. Alfred Lampe, Juliusz Rydygier, Henryk
Lauer (Ernest Brand), Adam Landy, Szczepan Rybacki, Mojżesz
Nowogródzki, Jakub Cyterszpiler i wielu innych.
Uczyli się wszyscy, ale najwięcej korzystała z tego młodzież.
Komuna więzienna miała własną, nielegalną bibliotekę, w celach
odbywały się wykłady, dyskusje. Wśród więźniów ujawniały się talenty,
zmiłowania. Szczególnie obfitowała wówczas Komuna Mokotowska w
talenty matematyczne. Wybitnym matematykiem był Henryk Lauer-
Brand, który zresztą wkrótce opuścił Mokotów – wysłany w ramach
wymiany więźniów politycznych – do ZSRR. Wiedzę matematyczną
popularyzował wśród więźniów starosta Komuny Juliusz Rydygier, który
zamienił ofiarowywaną mu katedrę matematyki w Sorbonie na żywot
nielegalnego rewolucjonisty. Pod jego kierownictwem młody robotnik
Jan Szczęśniak - „Kaśka”, który ukończył zaledwie kilka klas
„powszechniaka”, opanował arkana wyższej matematyki i niemalże
prześcignął mistrza. Ale wszystkie rekordy pobił Julian Ortwein, który
najzawilsze równania matematyczne rozwiązywał w pamięci, nie notując
ani jednej cyfry.
„Janusz” był widocznie dziedzicznie obciążony tzw. „dobrym
piórem”, ale chyba dopiero w więzieniu ujawniły się jego talenty
poetyckie, które zresztą nie budziły widocznie zachwytu towarzyszy, bo
w żartobliwej piosence szopki mokotowskiej, śpiewano:
(…) W ciupie pisywał rzecz oczywista,
Bo to najtęższy u nas stylista,
Elegie rzewne, poezje śpiewne,
tra – la – la – la – la
A gdy przeczytał swoje utwory
każdy towarzysz poczuł się chory (…) '
' Autor piosenki – Józef Koen.
Piosenka była długa i złośliwa, dowcipu i humoru nie brakowało
wówczas, co w niczym zresztą nie psuło wzajemnych stosunków.
Ale nauka, poezja, humor więzienny ani na chwilę nie przytłumiały
ostrej tęsknoty do wolności, do pracy. Wykorzystywano wszystkie
możliwości dla kontaktów ze światem zewnętrznym, z partią. Pewnego
dnia, strażnik więzienny, rewidując rzeczy, zwracane rodzinie przez
więźnia – Ignacego Toma – znalazł 6 „grypsów” ' , ukrytych wewnątrz
butelki. Była tam pisana przez „Janusza” informacja o walce więźniów
przeciwko szykanom władz, analiza składu komuny więziennej, wiersz,
a raczej fragment poematu o Leninie. Za te grypsy Ignaś pozbawiony
został widzeń z rodziną. Urwała się jeszcze jedna nitka, łącząca
młodego więźnia ze światem zewnętrznym. Ale w tym samym czasie
rodzina z ogromnym wysiłkiem i uporem stara się wydostać go z
więzienia. Ojciec wydeptuje progi urzędów, uzyskując w końcu
zwolnienie na konsylium lekarskie. Dzięki opinii profesora Kazimierza
Dłuskiego, szwagra Marii Curie-Skłodowskiej, który orzekł, że młodemu
więźniowi grozi ciężka choroba płuc, sędzia zezwolił na wniesienie
kaucji przez rodzinę – i „Janusz” po 1 1/2 rocznym pobycie w więzieniu
mokotowskim wydostaje się na wolność.
' „Gryps” - list nielegalnie wysyłany z więzienia lub odwrotnie. Grypsy pisano
drobniuteńkim maczkiem na bibułkach, szmatkach, skrawkach papieru.
Kiedy w kilka miesięcy później odbywa się proces uczestników
konferencji przy ulicy Długiej, „Janusz” na sprawę się nie stawia. Za
zbiegłym oskarżonym Ignacym Tomem sąd rozsyła listy gończe.
„Janusz” pełni wówczas funkcję sekretarza KC ZMK, jest już
„nielegalnikiem” w pełnym znaczeniu tego słowa. Mniej więcej od tego
czasu datuje się moja z nim znajomość.
Trudny żywot zawodowego rewolucjonisty „Janusz” znosił
doskonale. Prosty, bardzo bezpośredni i ujmujący w obejściu, zdobywał
sobie szybko sympatię wśród bardzo różnorodnych ludzi, z którymi się
stykał. Lubiły go sterane życiem matki towarzyszy, u których nocował,
starały się podkarmiać go kapuśniakiem czy grochówką, ale „Janusz”
Zgłoś jeśli naruszono regulamin