Prolog.
Jak to jest żyć między dziesiątkami różnych stworzeń.? Między postaciami, które dla ludzi kiedyś były tylko wytworem bujnej wyobraźni. Postaciami ze stronic grubych książek, które pisane były przez długi okres czasu piórem znanego autora. Teraz te dwie rasy koegzystują ze sobą prawie codziennie, mają swoje porachunki, sprawy.
Ludzie jednak mieszkają nadal na Ziemi, a elfy, nimfy, boginie, wilkołaki, wampiry i wiele innych, na innej planecie, w zupełnie innej galaktyce.
Na planecie zwanej Światłem i Ciemnością.
Między nimi kursują statki międzyplanetarne, które w godzinę mogą zrobić kurs tam i powrotem.
Światy, w których panuje względy spokój. Ludzie, którzy ukrywają się w swoich domach z zasłoniętymi ciężkimi zasłonami spiskują i wymyślają plany.
Niedługo całe to bagno zacznie bardziej cuchnąć.
1. Moja osoba.
Przy urodzinach, kiedy to rodzina w tą i powrotem krążyła przed drzwiami położnej martwiąc się pierwszym trudnym porodem mojej matki; nadano mi imię, jakim mogła się poszczycić nawet księżniczka z królewskiego dworu.
Meredith.
Płaczu nowonarodzonej dziewczynki, mojego płaczu nigdy nie usłyszały ściany tego domu. Urodziłam się, a tylko ciche kwilenie rozległo się po pomieszczeniu, w którym przebywała moja matka i babka, która głośno jęknęła, kiedy otworzyłam szeroko przytomne oczy. Od źrenicy, nienaturalnie wąskiej odchodził kolor bursztynu, następnie szmaragdowozielony, na końcu jasna otoczka niebieskiego nieba.
Moja skóra była jasnozielona, jednak z biegiem czasu pozostał tylko pobłysk, kiedy słońce podało na oliwkową cerę.
Jak na elfa przystało szpiczaste uszy zdobiły srebrne kolczyki.
Nie byłam czystej krwi jak każdy w domu. Byłam między nimi odmieńcem.
Pół elf, pół bogini.
I tylko z niezłamanej woli mojej matki i babci miałam prawdziwy rodzinny dom.
I tak jak byłam inna, tak tez różniłam się wyglądem od innych elfów czy bogiń. Miałam czarne włosy z niebieskim połyskiem, które sięgały mi do kolan – mój tak zwany znak rozpoznawczy przedstawiający status cywilny. Moją niezależność. Moje naturalne włosy, w których nie było przeplatanych wstążek, które znaczyły zamężność.
Obecnie jestem w wieku, w którym mogłam stanąć przed ołtarzem. W Ziemskiej rachubie czasu -17 lat. Nie spieszyło mi się, aby być uziemioną kurą domową. W naszym mieście, w tradycjach rodzinnych nie trzeba było brać ślubów wcale. Elfy słyną z gorącej krwi, ze zmysłowości, z kilkorgiem kochanków na raz. Żaden by nie był wierny przysiędze złożonej przed Świętą Boginią.
Mój charakter jest zagadką dla mnie samej jak i dla innych, więc chyba nie da się go opisać w kilku zdaniach.
Na balach mogę być wyrafinowaną pięknością, kiedy indziej szczebiotać z innymi pannami w kącie, uwodzić przystojnych elfów czy być nieśmiałą boginką siedzącą cały czas przy stole w towarzystwie rodziców.
Moja mieszana krew burzyła się, kiedy miałam być uczona etykiety, której nigdy nie przestrzegałam. Buntowałam się przez cały czas. Miałam swoje tajemnice. Swoje grzeszki.
Uzdolnienia magiczne ku zdumieniu wszystkich były o wiele większe niż się domyślano. Przejęłam całą zdolność magiczną matki i ojca. Z powodu domieszki dwóch ras doszła jeszcze telepatyka i teleportacja z miejsca na miejsce, które wcześniej musiałam widzieć. Ewentualnie, jeśli miałam teleportować się z kimś, osoba musiała o danym miejscu intensywnie myśleć. Ciągle muszę tą sztukę opanować, która przydaje się podczas ucieczek, a one z kolei czasami się zdarzały. Bywały dni kiedy ta zdolność zanikała na całą dobę.
Jazda konno… ten wiatr we włosach, uczucie wolności.
Moja zielona sukienka, która idealnie podkreślała moje oczy otoczone ciemnymi rzęsami, rozwiewała się na boki pokazując kolana i uda. Blizna ciągnąca się od biodra po kolano znikła za pomocą kilku ruchów dłoni i małej formułki. Udawanie się do Ciemności z małym sztyletem schowanym pod podwiązką nie był dobrym pomysłem.
Małe dzieci różnych ras z miasta uciekały ze śmiechem przed moim czarnym wierzchowcem, który wolnym kłusem podążał do centrum miasta o bardzo idealnej dla niego nazwie – Królestwo Światła.
Skąd się wzięło .?
W naszej krainie wiecznie panuje lato, wiosna i delikatna jesień. Na niebie nie ma ani jednej chmury, a deszcz pada kiedy Pani Wody wkroczy do akcji. Chmurki małych wielkości stoją cały czas nad polami i ziemi, na której rosną rośliny uprawne.
Po drugiej stronie muru, którym jesteśmy odgrodzeni panuje ciemność; przez całą dobre, lata panuje tam pół mrok. Kraina nazwana Królestwem Ciemności.
Chodź określenie kraina jest za mało powiedziane. Nasza planeta jest podzielona na dwie części przez przeźroczysty, gruby mur, którego nikt nie sforsował czy dostał się górą. Więc, jedna półkula jest Światłem, druga Ciemnością.
Ludzi z drugiej strony muru, żeby dostać się do Królestwa Światła muszą przejść ścisłą kontrole zdrowia. W Ciemności żyją złe istoty. Wampiry, wilkołaki, ciemne elfy, shama i inne niezidentyfikowane osobniki, które mogą przywlec ze sobą chorobę.
Osoby z Królestwa Światła wchodziły tam bez problemu, ze swoją osłoną. Zarazić się mogli tylko przez otwarte rany zadane przez pazury czy inne kończyny. Niestety ja sama przekonałam jak to jest odbywać kwarantannę.
Mrużąc oczy z daleka już widziałam pałac.
-Szybciej Mała. – pogłaskałam swojego konia po grzywie, który zrozumiawszy mnie przyspieszył do galopu. Na skróty przez łąkę, słysząc za sobą śmiechy schowanych kochanków w trawie.
Królestwo Światła było pod opieką królowej, która bardzo często wyprawiała bale i mniejsze przyjęcia z tańcami. Gdyby nie one młodzież zanudziła się na śmierć. Muzyka na drogach i uliczkach rozbrzmiewała przez cały czas. Czułeś się tak jakbyś trafił na wiecznie grającą Kubę.
-Meredith .! Moja boginio .! Zwolnij .! – usłyszałam za plecami tentem kopyt innego konia. Przekleństwo, żeby stara szkapa ruszała się szybciej.
-Słucham cię Urielu. – zwolniłam konia, żeby mógł mnie dogonić.
-Mer. – westchnął wyciągając do mnie dłoń. Ścisnęłam go mocno i pociągnęłam aż udało mu się usiąść za mną. – Wracaj do domu. – krzykną do swojego konia, który posłusznie z parsknięciem zawrócił.
Milczeliśmy dłuższą chwile podskakują na siedzeniu w rytm biegu Małej. Jak zawsze kiedy Uriel siedział za mną gładził mnie po odsłoniętych udach przytulając się mocno do moich pleców.
Zirytowałam się. Powinnam się do tego przyzwyczaić, ale jak zawsze czułam przyjemne podniecenie w dole brzucha.
-Nie oduczysz się tego nigdy.? – zaśmiałam się czując jak jego ręce delikatnie przesunęły się do wewnętrznej strony ud. Odchyliłam lekko głowę do tyłu, na jego ramię.
-Gdybyś mi zakazała przestałbym, ale jak widać ciągle ci się to podoba. – mrukną lekko całując mnie w szyję.
Uriel był oficjalnie moim przyjacielem jak i nieoficjalnie gorącym kochankiem w łóżku.
Elf o złocistych włosach i głębokich zielonych oczach, w których zawsze umiałam się zatracić. Z przyczyn takich, że był czystej krwi jego rodzice zabronili nam słodkich igraszek, ze zwalniając tylko na przyjaźń… Cóż, przeliczyli się myśląc, że ich posłuchamy.
Zaśmiałam się, kiedy jego ręce zniknęły całkiem za materiałem sukni. Zachichotał siadając bardziej przyzwoicie oplatając rękami tylko mój pas. Zbliżaliśmy się już do miasta.
-Kiedy przyjdziesz do mnie potrenować.? – spytał ni stąd ni zowąd
-W znaczeniu dosłownym: potrenujemy pięć minut, a resztę godziny spędzimy w łóżku. – uśmiechnęłam się zawadzko.
Poruszył się z tyłu i z pretensją powiedział.
-Nie byliśmy razem od tygodnia.
Jak na mój gust czasami przydał mu się kilkudniowy celibat, którego nie musiał przestrzegać. Tyle pięknych elfów kręciło się przy nim ostatnio. Może wynikło to z tego, że nie miałam ochoty na miłosne igraszki.
-Myślę, że moje kochane cacka są już gotowe. Niepewnie czuje się z sztyletem między cyckami. – powiedziałam unosząc dłoń w pozdrowieniu straży królewskiej. Uriel pomógł mi zejść z konia łapiąc mnie w pasie i ściągając bezceremonialnie w dół. Co, do czego mogłam to zrobić sama jak na wojowniczkę przystało. Otrzepałam suknię z kurzu i lekko przygładziłam włosy, które dzisiaj były wyjątkowo rozpuszczone.
- Po co …
- Po zaproszenia na kolejny bal. Nie mam pojęcia, czemu nie wysyłają tym razem wróżek. – złapałam go za rękę. Drzwi otworzyła kolejna para strażników. Skinęłam lekko głową i weszłam razem z Urielem do środka. Odgłos moich obcasów odbijał się od białego marmuru ścian. Szłam pewnie przed siebie przez korytarze, które mogłabym przebiec z zamkniętymi oczami. Zirytowana długą drogą po prostu zmaterializowałam nas do sali, w której Królowa była na pewno.
-Ah, Meredith. – westchnęła zaprzeczając ruchem głowy żebyśmy nie przyklękali. Uśmiechnęła się serdecznie i wskazała na wysokie krzesła. Na jednym z nich siedziała różowo włosa elfka nieśmiało się uśmiechając.
-Meredith, Urielu… - podeszliśmy nieznacznie do dziewczyny, która lekko się zarumieniła pod wpływem ciekawego spojrzenia Uriela.
Wstydzi się przez to jeszcze bardziej.
Jest urocza, zachwycił się.
-Przedstawiam wam córkę mojej siostry.
Różowo włosa przydreptała do nas i lekko dygnęła.
-Mam na imię Arisa. Jestem bardzo wdzięczna, że zgodziliście się aby zostać moimi towarzyszami podczas mojego pobytu tutaj.
Spojrzeliśmy na siebie, a oczy Uriela zabłysły. Mogłabym się już robić zazdrosna… Ale tego nie robiłam.
Królowa skarciła wzrokiem siostrzenice i już otwierała usta, ale ją wyprzedziłam.
-To dla nas przyjemność. – uśmiechnęłam się podając Arisie rękę. Kiedy ją uścisnęła przez jej dłoń do mojego przedramienia przeszedł niespodziewanie mocny impuls. Jej magia była bardzo wielka. Sądząc po zdziwionej minie moje jej tez przypadła do gustu. Uśmiechnęła się bardziej.
Królowa odetchnęła ukradkiem.
-Urielu… małe nieporozumienie. Meredith ma zadanie „oswoić” moją siostrzenicę z pałacem, z miastem. Myślałam, że przyjdzie sama, ale jeśli tu już jesteś, to… - zamyśliła się. – Zrobimy inaczej… Ty będziesz jej partnerem podczas balu, Meredith za to będzie towarzyszyć mój syn.
-Marco .? – odtworzyłam szerzej oczy ze zdumienia. – Tak dawno go nie było…
-Wiem. Wrócił tym razem ze swoja kuzynką. Chyba, że masz coś przeciwko .?
-Nie… Nie .! Skądże .! Dawno go nie widziałam. Nie zaszkodzi jeżeli spędzimy… miłą noc na parkiecie. – Uriel mruknął pod nosem niezadowolony.
-Chyli wszystko uzgodnione .! – królowa klasnęła w dłonie zadowolona. – Bal będzie za dwa dni. Każę powiadomić Twoją matkę, Meredith.
-A mogę to sama zrobić .? – spojrzałam kątem oka na blondyna, któremu uśmiech wrócił na wargi po moich słowach. – Zjawię się jeszcze dziś zanim słońce przygaśnie.
-Nie ma sprawy. Trening .?
Arisa owarzyła znowu szerzej swoje żółte oczy. Jak ona to robi .?
-Wojowniczka .? – wyjąkała.
-Jedyna w swoim rodzaju. – Uriel objął mnie ramieniem. – W końcu to ja ją trenuję – uśmiechną się.
Tak, chwal się.
Zazdrosna.?
Wcale.
A szkoda.
-Pokażesz mi .? – zwróciła się do mnie.
-Jasne. To do zobaczenia dzisiaj.
2.Rodząca się przyjaźń.
Ku radości Uriela kiedy zajechaliśmy na dziedziniec przed domem od razu wyczuł że rodziców nie ma. Przewróciłam swoimi kolorowymi oczami.
Zaczęliśmy trening. Ciszę przerywał tylko dźwięk uderzanego metalu o metal. Uniki, skoki, półobroty, piruety i inne, o śmiesznych nazwach były opanowane przeze mnie do perfekcji.
Nie zmęczyłam się wcale po półgodzinie ciągłej walki w słońcu. Uriel sprawnie robił uniki i atakował mnie za każdym razem z większą siłą. Podstawiłam mu nogę co nie było uczciwe. Upadł na plecy.
-Broń się. – zmarszczyłam brwi i przyłożyłam mu ostrze miecza do gardła. Klękłam przy nim i usiadłam na nim okrakiem.
-Przy takiej kondycji i sprawności kiedy zaatakują nas na balu będziesz niepokonana. – przełknął ślinę, a na skórze pojawiła się ciemnoczerwona smuga krwi. Nie przejął się tym. Odrzuciłam miecz na kilka metrów i pochyliłam się zlizując stróżkę krwi. Na jego gardle nie została nawet blizna.
-Nie powinieneś tak mówić. – powiedziałam szeptem całując go w usta. Kładąc ręce mi na pasie zwinnie obrócił mnie na plecy i pociągnął za sznurek gorsetu.
Reszta potoczyła się bardzo szybko.
Jeszcze tego samego dnia zostałam zaprowadzona do komnaty, którą udostępniano się gościom z rodzin królewskich czy lepiej urodzonych stworzeń. W powietrzu czułam jak dużo magii pozostawili po sobie inni przede mną
Podeszłam do wielkiego lustra, które było wyższe i szersze ode mnie. Dodatkowo były jeszcze ustawione lustra po bokach, tak że mogłam się widzieć ze wszystkich stron
Uśmiechnęłam się ironicznie porównując swoją prostą suknię, która na dodatek była postrzępiona na końcach, z pięknym wnętrzem komnaty. Przeważał kolor brązowy z lekkim różem. Typowy kolor dla dziewcząt. Łoże było wielkie jak na jedną osobę przykryte białą narzutą z delikatnymi, abstrakcyjnymi dodatkami.
bezcenzuralna